piątek, 29 czerwca 2012

Smolar. Piłkarz z charakterem - Jacek Perzyński

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania 2012
Stron: 491

Włodzimierz Smolarek to legenda polskiego futbolu. Bardzo charakterystyczna postać. Pomnik. Wszyscy, absolutnie wszyscy z pokolenia moich czterdziestoletnich rodziców, kobiety i mężczyźni, pamiętają jego sylwetkę i ruchy na boisku. Opowiadają o tańcu z piłką, a szarżach na bramkę, o słynnych polskich „kontrach” w jego mistrzowskim wykonaniu. Podkreślają, że dał się zapamiętać jako piłkarz skromny, pozbawiony cech tak wszechobecnego w dzisiejszych czasach gwiazdorstwa i epatowania zewnętrznymi oznakami zamożności, czy jak kto woli pieniędzmi.

Biografia wydana siłami Instytutu Wydawniczego Erica autorstwa Jacka Perzyńskiego, zdaje sie tę legendę potwierdzać. Napisana jest w pierwszej osobie. Przez bogato ilustrowane fotografiami karty książki, Włodzimierz Smolarek zatem snuje opowieść o swoim piłkarskim, bardzo atrakcyjnym życiu. Wspomina początki, pierwszych trenerów. Opisuje „pot i łzy”, jakie trzeba było wycisnąć, aby dojść do prawdziwej formy.
Poznajemy łódzkie kluby piłkarskie z jego młodości, zasady na jakich funkcjonowały w dobie PRL-u.
Czas służby wojskowej Smolarka przeniesie nas z kolei do klubu warszawskiej Legii, gdzie poznamy reguły uprawiania piłki nożnej w wojsku.

Oddzielne, bardzo obszerne miejsce zajmuje opis zmagań o pierwszoligowe mistrzostwo klubu Widzew Łódź w czasach jego największej świetności. Poznajemy życzliwie wspominanych kolegów Smolarka. Wśród nich są nazwiska – legendy, na przykład Zbigniew Boniek.
Jest coś charakterystycznego w toku narracji sportowca. Do wszystkich odnosi się przyjaźnie. Nawet z jeżeli z jakimś piłkarzem na swojej drodze popadł w konflikt, i to opisuje, to na końcu zawsze odnajdzie w tej osobie coś pozytywnego.

Dla kompletnego laika, do których grona niewątpliwie się zaliczam, zadziwiająca jest nasuwająca się refleksja, jak bardzo gra zespołowa, jaką jest piłka nożna, wymaga przemyśleń, strategii i elastyczności koncepcji gry w zależności od przebiegu meczu. Jak jeden gol, strzelony w pierwszych minutach, rzutuje na rzeczywistość spotkania i jego dalszy przebieg. Niesamowite.

Wiele uwagi Włodzimierz Smolarek poświęca polskiej reprezentacji. Przypominam – piłkarz był w ścisłym jej składzie między innymi podczas Mistrzostw Świata w 1982 roku w Hiszpanii. Wtedy Polacy odnieśli ostatni znaczący triumf – zdobyli trzecie miejsce, a cała Polska śpiewała:

„Entliczek pętliczek,
co zrobi Piechniczek,
tego nie wie nikt.
Czy nas zmartwi, czy rozerwie, 
czy przed przerwą, czy po przerwie? 
Tego jeszcze nie wie nikt.
Kłopotów, radości,
czy smutku, czy żalu, czego będzie więcej?
To tajemnica mundialu,
mundialu to tajemnica.
Ja jednak wierzę,
że nie będzie źle: E viva Espania Ole!”

W tym miejscu przypomnę, że Antoni Piechniczek był wówczas selekcjonerem polskiej drużyny.
W książce odnajdziemy wiele wspomnień z tamtego okresu. Smolarek pokusi się o analizę, dlaczego nie zdobyliśmy pucharu świata, co zainteresuje zapewne znawców piłki nożnej. Z kolei lubiący badać obyczaje, zostaną wtajemniczeni w wiele smaczków z tamtych lat.

Smolarek w bardzo przystępny sposób podejmuje się próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego trzecia drużyna świata w ciągu kilku następnych lat spadła rangą w przepaść. Wszystkie jego uwagi są zaskakująco aktualne.

Po książkę miałam okazję sięgnąć już po zakończeniu występów „naszych” na EURO 2012. Nie jestem kibicem sportowym, ale przyznam – porwała mnie euforia związana z występami Polaków. Obejrzałam wszystkie polskie mecze, wierzyłam i trzymałam kciuki. Gdybym sięgnęła po „Smolara” przed mistrzostwami, wiedziałabym, że mogę sobie darować kibicowanie. Rzecz w tym, iż z wywodów piłkarza jasno wynika, jak nie powinna być budowana kadra narodowa. Że piłkarzom nie służy udział w wyczerpującej lidze zagranicznej, albo tylko uczestnictwo w postaci „grzania” ławki rezerwowych, bo wtedy nie ma formy. Że piłkarze w kadrze nie mogą być tylko młodzi i niedoświadczeni, że najważniejszy jest trening wytrzymałościowy, który w Polsce słabo się przyjmuje.

Smolarek nie mógł przewidzieć, jak będzie wyglądać i grać drużyna polska na EURO 2012. A jednak… Wszystko się sprawdziło, czyli wyszło jak zwykle ostatnio.
Jaka szkoda, że na melodię przeboju z 1982 roku nie można zaśpiewać pieśni pochwalnej na rzecz Lewandowskiego tak, jak to wówczas śpiewano:

„Uliczkę znam w Barcelonie,
W uliczkę wyskoczy Boniek,
Będzie słychać na stadionie,
Brawo Polonia, brawo ten pan…”

Kończąc, mimo wszystko polecam lekturę książki miłośnikom futbolu… I nie tylko. Szczególne uznanie składam autorowi za użycie zastosowanie narracji pierwszoosobowej. Książka bardzo zyskała na autentyczności przekazu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuje Instytutowi Wydawniczemu Erica.




XXX
W związku z tym, że dzisiaj muszę niespodziewanie wyjechać to wyniki konkursu będą ogłoszone w poniedziałek. Przedłużam czas zgłaszania do północy w niedzielę. Przepraszam Was, ale o tym zadecydowały czynniki wyższe...

czwartek, 28 czerwca 2012

PRZEDPREMIEROWO: Szewc z Lichtenrade - Andrzej Pilipiuk


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2012
Stron: 372
Premiera: 4 lipca
Ocena: 5/6


Nota wydawcy:
Andrzej Pilipiuk kolejny raz rozkłada przed nami wachlarz opowieści z różnych miejsc, czasów i rzeczywistości alternatywnych. Kolejny raz bohaterowie zmierzą się z nienazwanym...

W przededniu I wojny światowej doktor Skórzewski zostaje wplatany w kuriozalną aferę szpiegowsko-ornitologiczną. Antykwariusz Robert Storm otrzymuje dziwaczne zlecenie odnalezienia narzędzi zrabowanych w czasie okupacji przez szewca-nazistę. A archeolog Tomasz Olszakowski użerając się z nieuczciwymi inwestorami, przyjmie pomoc lapońskich szamanów.

W zbiorze nie zabraknie też rozważań, co by było gdyby. Wyobraźcie sobie świat gdzie Hitler i Goering zamiast niewolić narody Europy zmagają się z wysokością czynszu i administratorem przytułku, a dilera morfiny doktora Mengele tropi konkurencja - żydowska mafia.

W skład książki wchodzi dziesięć opowiadań o tytułach:
1. Wunderwaffe
2. Traktat o higienie
3. Ślady stóp w wykopie
4. Parowóz
5. Ludzie, którzy wiedzą
6. W okularze stereoskopu
7. Sekret wyspy Niedźwiedziej
8. Yeti ciągną na zachód
9. Świątynia
10. Szewc z Lichtenrade

Moja recenzja:
Z radością sięgnęłam po nową książkę autorstwa pana Pilipiuka. W swoich opowiadaniach przedstawił nam alternatywną wizję przebiegu zdarzeń historycznych, życie ludzi w czasach okupacji niemieckiej czy za komuny. Ich fabuły zostały skonstruowane niezwykle błyskotliwie, ciekawiły, nie było żadnych przynudzonych momentów, czy zbędnych zdań. Odnoszę wrażenie, że autor znacznie lepiej czuje się w krótkiej formie niż w rozwlekłych powieściach.
                                                     
Przygotowałam się na mnóstwo śmiechu i humoru, ale muszę przyznać, ze zostałam zaskoczona. W opowiadaniach dominowała aura tajemniczości i grozy, wiele z nich przyprawiło mnie o ciarki i dreszcze. To dziwne, bo w zasadzie nie ma w nich nic  przerażającego czy makabrycznego. Chodzi raczej o sposób, w jaki zostały napisane. Autor powoli budował napięcie, nie spieszył się, nie podawał na tacy logicznych wyjaśnień. Pozwolił swoim opowieściom toczyć się własnym rytmem, żyć własnym życiem. Nie wiem jak to dobrze opisać, ale mam nadzieję, że mniej więcej wiecie, o co mi chodzi. Niepokojący jest także fakt, że wiele historii nie zostało do końca zakończonych, pozostawione jest pole dla wyobraźni czytelnika, co z drugiej strony jest dobrym, czy wręcz chytrym wybiegiem, dzięki któremu opowiadania pozostają na długo w pamięci.

Ja osobiście największy problem z opowiadaniami mam taki, że jak jest ich dużo w jednym tomie, to skończywszy czytać nie jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym były poszczególne, pamiętam tylko te najlepsze. A tym razem jest zupełnie inaczej. Jestem w stanie dokładnie i z detalami streścić każdą, zawartą w tym zbiorze opowieść. Wszystkie bardzo mi się podobały, choć było kilka wybitnych.

Największe wrażenie wywarły na mnie trzy - „Ślady stóp w wykopie”, „Parowóz” i „Ludzie którzy wiedzą”. Po tym pierwszym nie byłam w stanie już więcej czytać i musiałam odłożyć lekturę na następny dzień. Zaś w trakcie czytania dwóch kolejnych,  właściwie zbliżając się już do ich zakończenie, autentycznie trzęsłam się ze strachu. Dawno już żadna lektura nie wywarła we mnie tak silnych emocji, a przecież z reguły wcale nie jestem bojaźliwa, uwielbiam oglądać i czytać horrory, traktuję to jako dobrą rozrywkę i remedium dla poprawienia nastroju.

Tą książką autor zdecydowanie zachęcił mnie do sięgnięcia po inne jego dzieła, a szczególnie po zbiory opowiadań. Dostarczył mi niezapomnianych wrażeń i powiem szczerze – chcę kolejnych!  Co tu dużo jeszcze mówić, aby więcej było takich świetnych książek. Choć wcześniej nie miałam ku temu stuprocentowej pewności, teraz już bez żadnych wątpliwości mogę zaliczyć Andrzeja Pilipiuka do elitarnego kręgu moich ulubionych pisarzy.

A jego najnowszą powieść polecam wszystkim, zarówno miłośnikom historii, fanom mocnych wrażeń oraz każdemu, kto ma ochotę na coś innego, odmiennego zupełnie od popularnych teraz książek.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi upadli.pl 


środa, 27 czerwca 2012

Profil bloga na facebooku

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy założyć mojemu blogowi profil na facebooku. Co o tym sądzicie? Czy Wasze blogi też mają takie profile? 


Mam parę pytań do osób, które coś takiego mają mianowicie:
1. Jak to się zakłada? ( Pytanie strasznie głupie, wiem, ale nie za bardzo znam się na tego typu rzeczach.)
2. Czy można go skasować, gdy nie będzie mi odpowiadał?
3. Czy muszę coś płacić? ( Moja siostra gdzieś wyczytała, że tylko 20% osób, które mnie lubią, dostają informację o postach, a jak chce się więcej to trzeba coś tam zapłacić. Czy to prawda?)


 A teraz pytania do wszystkich:
1. Czy lubicie takie profile i do nich zaglądacie?
2. Czy uważacie, że to jest coś niezbędnego dla bloga? (W ostatnim czasie coraz więcej blogów to ma, więc między innymi z tego powodu się zastanawiam.)


Będę wdzięczna za wszelkie opinie, pomogą mi one podjąć decyzję.

niedziela, 24 czerwca 2012

Stosiki czerwcowe

Dzisiaj zamierzam zaprezentować książki, które w ostatnim czasie zasiliły moją biblioteczkę. 




Od góry:
1. "Zgubieni" -  ogromnie mi się spodobała okładka i musiałam kupić.
2. "Tylko dla dziewcząt" - prezent na Dzień Dziecka ;)
3. "Pająk" - ostatnio niestety zmuszona byłam przerwać lekturę "Portu Mungo", zamierzam jednak w najbliższym czasie do niego wrócić. Styl autora zaciekawił mnie na tyle, że zaopatrzyłam się w inną jego powieść.
4. "Siostra", "Lucian", Córka Dymu i Kości" oraz trylogia "Igrzyska śmierci" to prezenty, które zrobiłyśmy sobie na spółę z Siostrą z okazji zakończenia roku szkolnego :D


A oto i kolejny stosik. To są takie wcześniejsze zakupy, które jeszcze nie były tu prezentowane. Myślę, że zdjęcie jest dobrej jakości i nie ma co tutaj tego wszystkiego opisywać. 



Ostatni stos przedstawia książki, które w ostatnim czasie otrzymałam do recenzji od Wydawnictw.


Od lewej z góry:
1. "Skrzydła nad Delft" - od Wyd. Esprit, książka urzekła mnie cudowną okładką, jestem ogromnie ciekawa, co czeka na mnie w środku. 
2. "Purpura i czerń" - od Wyd. PROMIC
3. "Czerwony hotel" - efekt nawiązania nowej współpracy z Wyd. Rebis. Dziękuję za zaufanie!
4. "A między nami ocean..." - od Wyd. MIRA - recenzja
5. "Tamtego lata" - od Wyd. Harlequin, właśnie czytam, bardzo klimatyczna.
6. "Szewc z Lichtenrade" - mój pierwszy egzemplarz przedpremierowy od portalu upadli.pl, właśnie czytam, ale nic nie powiem, wszystkiego dowiecie się z recenzji, która ukaże się w pierwszej połowie tego tygodnia.
7. "Zarządzanie stresem" - od Wyd. Edgard
8. "Wieczorny seans" - od Wyd. MG - recenzja
9. "Shirley" - od Wyd. MG, właśnie czytam, całkiem interesująca książka, ale strasznie gruba :)

Stosik po prawej stronie jest efektem nawiązania współpracy z Instytutem Wydawniczym Erica. Byłam ogromnie zaskoczona, gdy otworzyłam paczkę i zobaczyłam aż tyle wspaniałych egzemplarzy. Dziękuję Wydawnictwu za obdarzenie mnie tak wielkim zaufaniem.  Przeczytałam już "Smolara", recenzja na dniach, a teraz jestem w trakcie "Operacji Leopard" - bardzo wciągająca powieść. 

To by było na tyle, czekam jeszcze na przesyłkę od Nowej Prozy i nakanapie.pl (otrzymałam moją pierwszą książkę do recenzji od tego portalu, a w zasadzie to audiobook, jestem bardzo szczęśliwa! :)

Jutro możecie się spodziewać recenzji "Rekruta" autorstwa Roberta Muchamore. 
Ja teraz idę zjeść obiad, a potem najpewniej zatopię się w lekturze.
Pozdrawiam!


czwartek, 21 czerwca 2012

Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 330
Ocena: 4/6

Pewnego dnia licealistka Małgorzata Brona dowiaduje się, że jej chłopak jest z nią tylko dla tego, że ma nadzieję zdobyć paszport i wyjechać za granicę dzięki wpływom jej ojca. Wściekła dziewczyna postanawia odegrać się na wszystkich za swoje nieszczęścia i wiesza się na lampie. Po jakimś czasie budzi się cała zesztywniała w trumnie. Przytomnie stwierdza, że jakiś konował musiał błędnie stwierdzić zgon. Jednak prawda jest inna. Gosia dowiaduje się o niej w brutalny sposób, gdy własna rodzina usiłuje zastrzelić ją na progu domu. Okazuje się, że dzięki predyspozycjom genetycznym stała się wampirzycą. Dziewczyna odkrywa swoje arystokratyczne korzenie i poznaje inne, podobne jej kreatury. Razem przeżyją wiele wariackich przygód, stawią czoła milicji, władzy ludowej, egipskiej mumii, oraz wrogim pobratymcom.

Od dawna już chciałam przeczytać tę powieść. Kiedy więc ujrzałam ją na półce bibliotecznej, od razu chwyciłam ją w swoje łapki i zaczęłam czytać zaraz po powrocie do domu. Muszę stwierdzić, że autor stworzył bardzo pomysłową parodię słynnych w dzisiejszych czasach powieści młodzieżowych. Historia zaczyna się standardowo od lekcji w liceum, gdzie czytelnik zapoznaje się z główną bohaterka i jej otoczeniem. Potem akcja dzieje się już bardzo szybko. Małgorzata zostaje wampirem i usiłuje przystosować się do nowego środowiska. Razem z nowymi znajomymi przezywa wiele przygód, mężnie stawia czoło przeciwnościom losu. Fabuła zyskała bardzo wiele na oryginalności dzięki temu, że została umieszczona w czasach socjalistycznej Polski. Dla mnie było to cennym źródłem wiedzy o zwyczajnym życiu Polaków w tamtym okresie czasu. W czasie lektury wiele razy konfrontowałam treści w niej zawarte z wiedzą mojego Taty, dla którego PRL jest wspomnieniem młodości.

Cały utwór jawił mi się jako komedia pomyłek. Wiele fragmentów rozśmieszyło mnie do łez, szczególnie ten o jedwabnych skarpetach Jakuba Wędrowycza. Dosłownie spadłam z fotela ze śmiechu. Uwielbiam poczucie humoru tego autora.

Miałam pewien niedosyt związany z fabułą. W zasadzie to stanowiła ona zlepek pomysłów zebranych z innych książek i zręcznie połączonych w jedną całość, która całe szczęście zakończyła się logicznie i spójnie. Miałam jednak wrażenie, że w powieści występowały momenty lepsze i gorsze.  Te gorsze to były takie nudne zapychacze, które miały chyba na celu nadać książce większej objętości, bo nie były ani ciekawe, ani zabawne. Np. wątek z Martą, szczerze mówiąc ciut mnie zniesmaczył i sprawił, że obniżyłam ocenę.

Styl autora jest bardzo ciekawy, w książce nie ma długich opisów, są one raczej lapidarne i skoncentrowane na treści. Dialogi są pełne ironii, sarkazmu, gierek językowych. Jest też trochę wulgaryzmów, ale za specjalnie nie kolą w oczy. Krótko mówiąc dobrze się czyta, a kolejne strony lecą szybciutko, nawet nie wiadomo kiedy.

Gdy byłam młodsza (miałam jakieś 13 lat) dostałam w prezencie swoją pierwszą powieść tego pisarza, była to chyba „Zagadka Kuby Rozpruwacza”.  Pamiętam, że szybko ją jednak porzuciłam, bo wiele fragmentów wywołało we mnie odrazę i obrzydzenie, zamiast rozbawienia. Teraz myślę, że byłam na nią wtedy stanowczo za młoda. Wydaje mi się, że warto w najbliższym czasie wrócić do tej książki i zobaczyć, jak będzie mi się ją teraz czytało.

Polecam Wam zapoznanie się z tą polską wersją wampirów. No bo w końcu przyznajmy szczerze, nasze - najlepsze!


Recenzja pojawi się także na portalu upadli.pl

środa, 20 czerwca 2012

W cieniu klątwy - Alyson Noel


Tytuł oryginału: Shadowland
Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Cykl: Nieśmiertelni tom. 3
Rok wydania zagranicznego: 2009
Rok wydania polskiego: 2011
Stron: 318
Ocena: 2+/6

Z okładki
Ever i Damen towarzyszyli sobie w poprzednich niezliczonych wcieleniach: wspólnie zwalczyli najpotężniejszych wrogów, by zawsze móc być razem. I kiedy już szczęście jest w zasięgu ręki, na Damena spada okrutna klątwa. Teraz każdy dotyk czy muśnięcie ust może oznaczać jego nagłą śmierć i wtrącenie do Shadowlandu – krainy cieni. Pragnąc ocalić ukochanego, Ever zaczyna interesować się magią. Pomaga jej nieoczekiwany sprzymierzeniec – surfer o imieniu Jude. Mimo że ci dwoje dopiero się poznali, czują, że spotkali się już wcześniej, dużo wcześniej. Choć Ever jest lojalna wobec Damena, coś przyciąga ją do Jude’a – zielonookiego blondyna o złotych włosach, z talentem do magii i tajemniczą przeszłością. Ever zawsze wierzyła, że to Damen jest jej bratnią duszą, jej przeznaczeniem. A jeśli los miał wobec tej dwójki inne plany? Wieczna miłość nieśmiertelnych zostaje wystawiona na ciężką próbę.

Przeczytałam ją jakieś trzy tygodnie temu i w końcu udało mi się zabrać za pisanie recenzji. Jest jednak mały problem, mianowicie w ogóle nie pamiętam, o czym ta część była. Cos tam mi się kołacze, że Ever i Damen nadal nie mogli się dotykać, a ona znalazła pracę i poznała surfera przystojniaka, a potem się okazało,  że to jakieś kolejne wcielenie jej ukochanego z poprzednich żyć. (?) A i jeszcze cos tam, że Romano naściągał więcej nieśmiertelnych i podał truciznę przyjaciółce Ever i ona musiała wybierać między przyjaźnią, a miłością. Nie pytajcie mnie jednak, jak wybrała, bo i tak nie mam pojęcia.

W ogóle to ta część była do kitu i moja recenzja też jest raczej do kitu. Nie chcę mi się o tym pisać i dalej tego czytać. Miałam jeszcze kolejną część z biblioteki, ale rzuciłam to w diabły i poszłam oddać wszystkie. Szkoda czasu na to dziadostwo. Odzywa się we mnie obrońca przyrody, który grzmi – po co zmarnowano tyle drzew na papier do tego badziewia?  A tak na marginesie to z tego, co mi się przypomina, to w tym tomie znowu było pełno literówek. Cóż nawet korektor nie miał tyle siły, by z uwagą to czytać. I nie dziwię się…

Jak to się mówi, gusta są różne, ale ja nie mam zielonego pojęcia jak TO się może komukolwiek podobać. Toć to zwykła szmira, od której saga „Zmierzch” w całej swojej marności jest 100 razy lepsza. Nie wiem już, czemu oceniłam to na 2+, zrobiłam to świeżo po lekturze, więc dobra tam, niech już tak zostanie.

A teraz tak na serio – taka moja złota rada prosto z serca – darujcie sobie ten tom, poprzednie i następne. Zaręczam, że nic nie stracicie, a cennego czasu marnować nie warto. 

wtorek, 19 czerwca 2012

Wieczorny seans - Krzysztof Beśka


Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 335
Ocena: 5/6

Po powieść młodego prozaika  Krzysztofa Beśki sięgnęłam po raz pierwszy i po lekturze od razu stwierdzam, że koniecznie należy sięgnąć do „Wrzawy” i „Bumerangu” tego autora. Jest bowiem w przeczytanej fabule  coś fascynującego, powodującego czytanie jednym tchem.

Otóż mamy do czynienia kryminałem ,  z wartką oczywiście akcją w Warszawie, metodycznie ścielącym się trupem i śledztwem wokół tego. Poznajemy ekipę dochodzeniowa z komisarzem Podbiałem na czele, która za pośrednictwem nowoczesnych technik internetowych oraz starych dobrze ogranych sztuczek operacyjnych dzień po dniu tropi zabójcę. Ten wydaje się na początku być człowiekiem stawiającym sobie na celu zagładę nowej polskiej elity  poprzez seryjne powystrzelanie ludzi z tak zwanych pierwszych stron gazet, no może  przesadziłam, z drugich stron tych gazet. Jak to w wielowątkowej powieści, tydzień z życia śledczych jaki ukazany jest w książce, obfituje w rozmaite wydarzenia z ich prywatnego życia. Komisarz Podbiał się rozwodzi, choć bardzo kocha swoja piękną i wymagającą od życia  żonę. Jego współpracownik Tymek obsesyjnie pilnuje swojej siostry, a najmłodszy stażem w ekipie policyjnej Andrzej… przeczytacie sami.
Kryminał jako taki przyzwoicie broni się. Przez całą historię trudno domyślić się jednoznacznego zakończenia, które co za tym idzie jest dość zaskakujące, ale i logicznie proste.  

Właściwie nie to zafascynowało mnie w tek powieści tak naprawdę. Według mnie jest to powieści z sentymentem . Sięga on lat 80-tych. Tym sposobem wraz z dramatyczną fabułą czytelnik odbywa spacer po dawnych warszawskich kinach, po których zostały tylko wspomnienia. „Skarpa”, „Relax”,” Moskwa” - cóż o tych miejscach może wiedzieć młode pokolenie wychowywane na coli i popcornie w multipleksie? Autor oprowadza także po takich zaułkach Warszawy, w których mimo otaczającej wokół agresji nowoczesności nic się od lat nie zmieniło. Ci, którzy pamiętają stolicę lat 80-tych i znają Warszawę dzisiejszą  potwierdzili mi, że rzeczywiście są jeszcze takie miejsca…  Tymczasem współczesność jest opisana przez autora jako siedlisko rozlewającego się w każdej dziedzinie zła. Nie znajdziemy w tej powieści zachwytu nad nowoczesną postkomunistyczną Polską. Wręcz przeciwnie, w każdej z ośmiu części autor na każdym kroku krytycznie odnosi się do świata blichtru, nowomowy, nowobogactwa i to na każdej płaszczyźnie. Znajdziemy tu kąśliwe opisy życia celebrytów . Pisarz ironicznie przedstawia sposób dochodzenia do pieniędzy ludzi z kręgów zbliżonych do finansjery.

Po przeczytaniu tej książki ma się wrażenie ze jej autor następnym razem poprowadzi nas jakąś krętą drogą w kierunku „domu nad rozlewiskiem”. Świadczą o tym czarowne ucieczki tematyczne na Mazury. Ma się wrażenie, iż w tych miejscach wyraźnie ulega złagodzeniu narracja powieści.

Wyłowione przeze mnie akcenty wróżą autorowi powodzenie czytelnicze u osób poszukujących prozy z jakimś dnem. Minusem jest oczywiście to, iż jest to dno już trochę wyeksploatowane. Schemat krytyki systemu  korporacji i konsekwencji z tym związanych dla losów bohaterów jest jako tło powieściowe w nowej prozie polskiej dosyć ograny.
Tyle, że ja lubię takie książki.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu MG.

niedziela, 17 czerwca 2012

A między nami ocean... - Susan Wiggs


Tytuł oryginału: The ocean between us
Wydawnictwo: MIRA
Przekład: Barbara Kośmider
Rok I wydania zagranicznego: 2004
Rok wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 460
Ocena: 5/6

Grace już od dawna miała wrażenie, że w jej małżeństwie nie układa się najlepiej. Po ponad dwudziestu latach bycia w cieniu własnego męża, wspierania go w karierze i przeprowadzek z miejsca na miejsce zapragnęła czegoś innego – domu, własnej firmy, poprawy figury, wyglądu i stylu. Chciała znów czuć się atrakcyjna i pewna siebie. Steve (jej mąż) nie zamierzał jednak zaakceptować tych pragnień, nie zgadzał się na kupno własnego lokum, czy założenia przez żonę biznesu. Uważał, że to mężczyzna powinien utrzymywać rodzinę, a pomysły Grace uznał za zbyt ekstrawaganckie i kosztowne.  Para była w trakcie zażartej batalii, gdy na jaw wyszły zatajone przez Steve’a wydarzenia z czasów, gdy jeszcze nie znał Grace. To przelało szalę goryczy i sprawiło, że małżonkowie jeszcze bardziej oddalili się od siebie. Kiedy więc Steve zostaje wysłany na kolejną misję wojskową, Grace postanawia wziąć sprawy we własne ręce – podejmuje bez zgody męża duże transakcje finansowe, zaczyna pracować, poznaje także także pewnego mężczyznę, który zdaje się ją tak dobrze rozumieć. Jej nowe życie zostaje jednak brutalnie przerwane, gdy dowiaduje się o katastrofie, w wyniku której Steve przepadł bez wieści… Czy Grace uświadomi sobie, jak bardzo kocha męża? Czy jest jeszcze możliwość naprawienia dawnych błędów? A może Grace potraktuje tę sytuację, jako przyzwolenie do nawiązania bliższej znajomości i romansu z nowym przyjacielem?

Podobała mi się ta powieść. Nie nudziła, jak to często zdarza się książkom tego gatunku, czytała się bardzo szybko i przyjemnie, wzbudzała wiele różnych emocji – od śmiechu, przez strach aż do wzruszenia i łez. Opisane w niej zostały problemy, które nękają wiele współczesnych par małżeńskich oraz wydarzenia, które mogą stać się udziałem każdego z nas.

Nie spodziewałam się po niej tak głębokich treści, sądziłam, że będzie to tylko miłe czytadełko, nie zawierające żadnych morałów i  górnolotnych zdań. A jednak mile się zaskoczyłam.

Książka uświadomiła mi, że należy jak najlepiej spędzać każdy dzień, a także iść za głosem swojego serca, dążyć do celu i nie poddawać się. Do refleksji skłoniło mnie to, że „sposób, w jaki spędzasz każdy dzień, kiedyś zsumuje się na sposób, w jaki spędziłaś życie.” Pod żadnym pozorem nie należy rezygnować z marzeń, bo nie wiadomo kiedy życie przecieknie nam przez palce, a na starość będziemy  mieli tylko poczucie zmarnowanego czasu. Jednak podążanie tylko za swoimi pragnieniami i spełnianie własnych zachcianek może narazić ludzi nam bliskich na cierpienie. Zawsze trzeba próbować znaleźć złoty środek i kompromis, który pozwoli nam i wszystkim w naszym otoczeniu iść własną drogą.

Czasem trzeba też umieć podjąć ryzyko i pamiętać, że nigdy nie będziemy w stu procentach pewni naszych decyzji i ich konsekwencji. „W życiu się kocha i traci. Na nic nie masz gwarancji. Jeśli będziesz czekać na przekonanie i pewność, szansa może ci umknąć.”

Także moi drodzy powiem Wam teraz tak – Carpe diem! Chwytajcie dzień, a w pierwszej kolejności sięgnijcie po tę niesamowitą i zaskakującą, zarówno pod względem fabuły, jak i wplecionych w nią mądrych treści, książkę. 

Za możliwość przeczytania wspaniałej powieści dziękuję serdecznie Wydawnictwu MIRA. 

***
Powieść przeczytałam także w ramach wyzwania Trójka e-pik
Pamiętajcie o konkursie!

sobota, 16 czerwca 2012

FISZKI - język angielski - konwersacje



Seria : seria 300
Wydawnictwo : Cztery Głowy
Zawartość: 300 kartoników, MEMOBOX, mini-CD, etui
Ocena: 6/6

Język angielski jest obowiązkowym językiem obcym do nauki już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Obecny jest niemal wszędzie,  ok. 328 milionów ludzi zna go jako język ojczysty, dodatkowo ok. 1,2 – 1,6 miliarda jako język obcy. Można go zdawać na maturze, jak i egzaminie gimnazjalnym.

Osobiście uczę się angielskiego już od przedszkola. W szkole mam go 3 godziny lekcyjne w tygodniu, a dodatkowo dochodzą do tego zajęcia dodatkowe – 180 min na tydzień. Moim celem jest jak najlepsze opanowanie tego języka. Pragnę zdawać egzamin FCE w przyszłym roku.

Dlatego FISZKI Konwersacje to był naprawdę trafiony produkt. Dzięki niemu mogę z łatwością przyswajać sobie zwroty niezawodne podczas każdej rozmowy. Przejrzenie kilku kartoników dziennie zajmuje mało czasu, ale po paru tygodniach regularnego przeglądania doszłam do perfekcji.

Sposób na naukę jest bardzo prosty. Wszystkie reguły są załączone do zestawu – bierzemy kartonik z pojęciem i, w zależności od wiedzy, wrzucamy go do dalszej przegródki bądź ląduje z powrotem do pierwszego etapu. I taką metodą ciągłego powtarzania po krótkim czasie znamy już większość materiału.

Tydzień temu miałam ustny egzamin na zajęciach angielskiego. Dzięki konwersacjom udało mi się go zdać na 5! Bez większego wysiłku potrafiłam płynnie odpowiadać na zadane mi pytania i porównać zdjęcia.

Dlatego polecam wszystkim Fiszki konwersacje, zarówno jeśli przygotowujecie się do jakiegoś egzaminu, matury ustnej, czy po prostu pragniecie podszkolić swój język, by bez problemu dogadać   się z obcokrajowcem na ulicy. Jest to także wspaniały sposób na szybką naukę, jeśli szykujecie się na wakacyjny zagraniczny wyjazd, a macie obawy przed komunikacją. Natychmiast sięgnijcie po jakąś serię Fiszek.

***
Tę recenzję napisała dla Was moja młodsza siostra Julia. Przez ostatni czas FISZKI były jej niezmiernie pomocne w nauce. Ja także skorzystałam i uczyłam się razem z nią. To wspaniałe, gdy przyswajanie wiedzy nie jest tylko męczarnią, ale może stać się tez świetną zabawą! :)

Za możliwość korzystania z produktu dziękujemy Wydawnictwu Cztery Głowy. 

czwartek, 14 czerwca 2012

Listy do dzieci - Takashi Nagai


Tytuł oryginału: Leaving my Beloved Children Behind
Wydawnictwo: PROMIC
Przekład: Krzysztof Bednarek
Ilość stron: 217
Ocena: 6/6

Za dużo nieszczęść jak na jedno życie – taka myśl nasunęła mi się podczas lektury wspomnień japońskiego lekarza i naukowca Takashi’ego Nagai. Ten człowiek przez swoją ciężką pracę nabawił się przewlekłej choroby popromiennej, a po wybuchu bomby atomowej, która została zrzucona na Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku, także ostrej. W ich wyniku zachorował na białaczkę, anemię złośliwą i szpiczaka mnogiego. Wychudł, powiększyła mu się śledziona, uciskając inne narządy i narażając go na krwotoki wewnętrzne. Wybuch zabrał mu żonę, rodzinę, przyjaciół, majątek i naukowy dorobek całego życia, u niego samego zaś powodując rozległe poparzenia. Wcześniej zmarły jego dwie malutkie córeczki, którym  pomimo tego, że był lekarzem, nie potrafił pomóc. Jednak, bez względu na wszystkie nieszczęścia, które go spotkały, potrafił zachować niezachwianą wiarę w Boga. Jego „Listy…” to świadectwo osoby głęboko wierzącej, której nie są w stanie złamać żadne przeciwności losu, a także duchowy testament dla jego małych dzieci, które wkrótce zostaną sierotami i będą szukały własnej życiowej drogi.

Pan Nagai wiele słów w swej książce poświęca rozważaniom problemu sierot, których liczba znacznie zwiększyła się po wojnie w Japonii. Zastanawia się, dlaczego pomimo dobrych warunków uciekają one z sierocińców i wolą życie na ulicy w zimnie i głodzie. Wspomina klasztor franciszkanów, założony przez Polaków, którzy pomimo swego ubóstwa, dawali schronienie wszystkim osieroconym dzieciom, jakie tylko napotkali i dzielili się z nimi ostatnią kromką chleba. Autor wie, że nie pożyje już długo, ale kurczowo trzyma się życia, gdyż dręczy go obawa, co stanie się po jego śmierci z ukochanymi dziećmi Kayano i Makoto. Stara się by pozostały im jak najpiękniejsze wspomnienia, którymi będą mogły się pokrzepić, gdy już zostaną same. Wie, że poza tym nie ma nic, co mógłby im po sobie zostawić.

Czytelnika zdumiewa, jak bardzo silna może być wiara. W sytuacji, gdy wielu już dawno odwróciłoby się od Boga, pan Nagai zachowuje niezachwianą postawę  i przekonania. Wierzy w to, że Bóg jest miłością, który nie pragnie nieszczęścia ludzi i dla każdego człowieka wyznacza ścieżkę,  którą może kroczyć tylko z Jego pomocą. Mężczyzna zawierza życie i zdrowie swych dzieci Bogu, jest przekonany, że ochroni On je przed niebezpieczeństwem i będzie im podporą w trudnych sytuacjach. Jednocześnie udziela im rad, dotyczących życiowych postaw, dzięki którym łatwiej im będzie po śmierci dostąpić Zbawienia.

„Listy do dzieci” są także zapisem dobroci i bezinteresowności ludzkiej. Kiedy autor i jego rodzina tracą cały dobytek, przyjaciele budują dla nich drewniana chatkę i wyposażają ich w najpotrzebniejsze sprzęty. Ciocie szyją dla dzieci ubranka, wujkowie odwiedzają wszystkie szkoły w regionie w poszukiwaniu najlepszej. Zakonnice, zakonnicy i ludzie dobrej woli zakładają sierocińce i szkoły dla opuszczonych dzieci. Dobre uczynki przejawiają się także w najprostszych aspektach życia codziennego, kiedy to Makoto, pomimo nawału nauki, opiekuje się dzieckiem sąsiadki, a Kayano niesie ojcu przez całą długą drogę do domu kubek soku, który dostała w szkole na podwieczorek i który tak bardzo jej smakował, gdy upiła łyk, że chciała się tym uczuciem podzielić ze swoim Tatą.

Nagasaki to miasto sierot, w którym każdy kogoś stracił. Dzieci rodziców, rodzice dzieci, rozdzielone zostały rodzeństwa, kochające się pary, przyjaciele. Pozostali poorani bliznami ludzie, których rany sięgają znacznie głębiej poza cielesną powłokę. I to oni teraz muszą odbudować miasto ze zgliszczy. Są krzakiem róży, który wyrasta na popiołach i z roku na rok rodzi coraz piękniejsze kwiaty.

Kiedy sięgnęłam po „Listy…” pomyślałam sobie, że z taką cienką książeczką uporam się w jeden dzień. Myliłam się. Lektura zajęła mi ponad tydzień, a to ze względu na obfitujące przy niej emocje i wzruszenia, które musiałam sobie stopniować. Nie jest łatwo czytać zapiski świadka tak potwornej katastrofy, jednak każda minuta spędzona z tą książką jest niezwykle cennym, niezapomnianym przeżyciem.

Historia lubi się powtarzać. W dzisiejszych czasach pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że tragedia, która dotknęła Nagasaki, a także Hiroszimę nie przydarzy się już nigdy w żadnym innym miejscu i czasie.  



Za możliwość przeczytania wspaniałej ksiażki bardzo dziękuję  Wydawnictwu PROMIC.

Przypominam o KONKURSIE!

poniedziałek, 11 czerwca 2012

S@motność w sieci. Tryptyk - Janusz Leon Wiśniewski

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Czarne
Rok wydania: 2001
Ilość stron: 416
Ocena: 4+/6

Opis książki:
        S@motność w Sieci opisuje miłość dwójki Polaków, którzy prawie całą swoją znajomość ograniczają do kontaktów w Internecie. Jakub, ceniony na świecie polski genetyk, na stałe pracuje i mieszka w Niemczech. Któregoś dnia otrzymuje na ICQ wiadomość od Polki, chcącej zwierzyć mu się ze swoich problemów. Ta niewinna wiadomość zapoczątkowuje ich znajomość i fascynację sobą nawzajem. Uczucie, którym się darzą, w pewnym momencie przeradza się w miłość na odległość.
Akcja powieści widziana jest oczami dwóch osób: Jakuba i Jej (nie wiadomo, jak ma na imię bohaterka, mimo iż jest jedną z głównych postaci, choć w filmie nadano jej imię Ewa). Autor często zmienia bohatera, który rozwija akcję – raz obserwujemy działania Jakuba, raz Jej. Taki sposób prowadzenia akcji pozwala czytelnikowi lepiej poznać obydwoje bohaterów.
Bieżące wydarzenia często przerywane są retrospekcjami z przeszłości postaci, co pozwala czytelnikom lepiej zrozumieć uczucia bohaterów w danym momencie oraz w kontekście całej książki.
         Postanowiłam przeczytać tę powieść po namowach mojej koleżanki z klasy. Wypożyczyłam ją więc z biblioteki szkolnej i zaczęłam czytać jeszcze przed maturą. Styl autora urzekł mnie i to bardzo, lecz niestety przez nawał nauki nie zdążyłam przeczytać powieści na czas i musiałam oddać ją nieskończoną. Postanowiłam sobie jednak, ze jak tylko zaczną się wakacje polecę do publicznej i wezmę ją razem ze wszystkimi innymi utworami tego autora, jakie tylko będą dostępne. Tak też zrobiłam. Wczoraj nareszcie dobrnęłam do końca tej smutnej historii.
         Ogromne wrażenie zrobiło na mnie wnikliwe, wręcz analityczne oddanie emocji bohaterów. Jakub został od tej pory moją ulubioną postacią literacką, chciałabym w przyszłości poznać faceta, który będzie choć trochę do niego podobny. To zdecydowanie mój ideał – jak on dobrze rozumie kobiety!
         Niestety od mniej więcej połowy książka przestała być już taka dobra. Za bardzo przeszkadzały mi liczne retrospekcji z przeszłości pary, na dodatek kiedy na przykład przedstawione były wspomnienia Jakuba i jego rozmowa z przyjacielem to często myliło mi się to, co mówi i myśli Jakub, z wypowiedziami tego drugiego. Musiałam się cofać i jeszcze raz czytać. To było trochę denerwujące.
         Świetnie została skonstruowana historia Natalii – największej miłości Jakuba. Przyznam, że jak dobrnęłam do końca maila, w którym opisywał, co ją spotkało, to aż musiałam przerwać lekturę, bo okropnie chciało mi się płakać.
         Co do końca, to w zasadzie nie umiem zdecydować, czy mi się podobał, czy nie. Wkurzyłam się na Nią, że nie miała dość odwagi i zrobiła to, co zrobiła. Ona w zasadzie zabawiła się uczuciami Jakuba, zadrwiła sobie z niego. Aczkolwiek, trzeba też wziąć pod uwagę sytuację, w jakiej została postawiona. Jedno jest pewne – gdyby nie dodatkowy Post-epilog byłabym bardzo zdołowana. W sumie to cieszę się, że autor go dodał. Polecam Wam czytanie Tryptyku właśnie ze względu na to, że w zwykłej edycji książki go nie ma. Nie daje to wtedy pełnego poglądu na całą historię. W Tryptyku jest jeszcze część, w której umieszczone zostały maile czytelników i odpowiedzi autora. Ja jednak jej nie czytałam, gdyż nie potrzebne mi są na temat tej powieści cudze opinie.
          Moim zdaniem „S@motność w sieci” to powieść, którą należy przeczytać. Jestem zadowolona, że mam jeszcze kilka książek tego autora. Już jedną z nich przeczytałam i szykuję się na kolejne. Janusz Leon Wiśniewski to wspaniały pisarz, którego powieści na długo zapadają w pamięć.

Cytat na koniec:
„Ludzie poruszają się po wyznaczonych przez los albo przeznaczenie – obojętnie jak to nazwać – trasach. Na mgnienie oka krzyżują się one z naszymi i idą dalej. Bardziej niż rzadko i tylko nieliczni zostają na dłużej i chcą iść naszymi trasami. Zdarzają się jednak i tacy, którzy zaistnieją wystarczająco długo, aby chciało się ich zatrzymać. Ale oni idą dalej.”

niedziela, 10 czerwca 2012

Córka kata - Oliver Pötzsch

Tytuł oryginalny: Die Henkerstochter
Wydawnictwo: Esprit
Przekład: Edyta Panek
Rok wydania zagranicznego: 2008
Rok wydania polskiego: 2011
Ilość stron: 477
Ocena: 5/6

            Jest rok 1624. W małej, spokojnej, niemieckiej mieścinie Schongau wyłowione zostaje z rzeki ciało dwunastoletniego chłopca. Rany kłute wskazują, że został on zamordowany. Na jego plecach wymalowany został tajemniczy symbol, który każe mieszkańcom miasteczka myśleć, że za zbrodnię odpowiedzialna jest czarownica. Szybko zaczynają mnożyć się podejrzenia, kilka zgodnych głosów stwierdza, że widziało ofiarę w domu akuszerki Marty Stechlin w wieczór przed zabójstwem. Rozwścieczony tłum wpada do domu podejrzanej z zamiarem odwetu. Przed gniewem tłumu ratuje ją kat Jakub Kuisl, jednak zmuszony jest zaprowadzić kobietę do więzienia. Wkrótce potem giną kolejne dzieci oraz następuje seria makabrycznych wypadków, która utwierdza ludność w przekonaniu, że Stechlinowa powinna spłonąć na stosie. Tylko Kuisl i jego rodzina nie wierzą w jej winę. Czy uda im się znaleźć prawdziwego mordercę i uratować Martę przed torturami i straszną śmiercią? Kogo jeszcze weźmie sobie na celownik diabeł, szalejący w Shongau?
            „Córka kata” to debiutancka powieść Olivera Pötzsch’a. Inspiracją dla autora były dzieje jego własnych przodków, postacie Jakuba Kuisl’a, jego żony, dzieci są autentyczne. To nadało całej historii realizmu, aczkolwiek jak autor sam podkreśla jest ona jedynie wytworem jego wyobraźni. Niemniej życie mieszkańców miasta bardzo mnie zainteresowało.  Podobały mi się liczne opisy, które wprowadzały czytelnika w zwyczaje i codzienność ludzi z tamtych czasów. Pomimo tego, że treść jest dość obszerna, to nie pamiętam żadnych momentów, gdzie czytanie by mnie nużyło. Moim zdaniem świetnie została wykreowana postać kata Jakuba Kuisl’a. Bardzo ciekawe były jego rozterki moralne związane z przesłuchiwaniem niewinnej Stechlinowej. Niestety już po kilkunastu stronach domyśliłam się, kto jest odpowiedzialny za zamieszki w mieście. Potem moje podejrzenia potwierdziły się. Cóż, nie zawsze zakończenie musi się równać zaskoczeniu, zwłaszcza jeśli powieść jest bardziej historyczną niż sensacyjną.
           Moim zdaniem warto zwrócić uwagę, jak szybko nad życiem miasta może zapanować wściekły, żądny zemsty tłum. Potrzeba znalezienia kozła ofiarnego, na którego będzie można zrzucić odpowiedzialność za własne błędy oraz wszystkie niewyjaśnione zdarzenia jest tak silna, że bez zastanowienia i litości do więzienia zostaje wtrącona niewinna kobieta, która na dodatek , jako położna pomagała wielu z tych ludzi, którzy potem ją oskarżyli. To straszne, jak szybko na sam kraniec umysłu może odejść rozsądek, logiczne myślenie i moralność. Sytuacja ukazana w powieści pokazuje, jak człowiek zapomina o swoim człowieczeństwie i staje się zwierzęciem oraz jak szybko plotka wypiera prawdę. Autor stworzył w swej książce atmosferę tajemniczości a niekiedy nawet grozy – ręka Braunschweiger’a oraz ucieczka przez podziemny labirynt mogą być tego świetnym przykładem. Przez ostatnie 150 stron siedziałam jak na szpilkach i nie mogłam się oderwać od czytania. (Ledwie zdążyłam przygotować się na bierzmowanie mojej siostry, po prostu musiałam skończyć czytać.) Kiedy otrzymałam powieść, spędziłam kilka minut na bacznym obejrzeniu okładki, która wcześniej bardzo mnie zafascynowała. Przystrojone czaszkami i liśćmi włosy kobiety przyciągają wzrok, a cały obraz sprawia, że wzrasta ochota do poznania treści książki. Bardzo lubię, gdy książka jest starannie wykonana, stosownie do historii, jaką zawiera.
           Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z ta powieścią, jestem też pewna, ze za jakiś czas do niej wrócę, a to dzięki urokowi, jaki stwarza podczas czytania oraz niezwykłemu wręcz magnetyzmowi. Tymczasem polecam ją gorąco wszystkim – nie zawiedziecie się! Za możliwość przeczytania wspaniałej powieści dziękuję serdecznie Wydawnictwu Esprit.

 

Przypominam o KONKURSIE!

piątek, 8 czerwca 2012

FISZKI - język japoński - starter i FISZKI - j. japoński klejki


Seria: Seria 300
Wydawnictwo: Cztery Głowy
Zawartość: 300 kartoników, MEMOBOX, mini-CD, etui
Ocena: 6/6

Od dawna pasjonuję się Japonią i wszystkim co z tym pięknym krajem związane. Zestaw startowy FISZEK do nauki języka japońskiego dał mi szansę, o której zawsze marzyłam. Dzięki nim mogłam poznać podstawowe zwroty i słówka niezbędne do poprawnej komunikacji. 
Naukę ułatwiły mi przejrzyste dwustronne kartoniki. Na każdym z nich napisane zostało słówko w języku polskim, przykładowe zdanie, w którym można je użyć oraz na odwrocie ich tłumaczenie na japoński. W prawym górnym rogu każdej karteczki znajduje się także symbol kategorii, której odpowiada. FISZKI podzielone są na 13 jednostek tematycznych. Na dołączonej instrukcji mamy opisane, co oznaczają poszczególne obrazki i które fiszki odpowiadają danym tematom (są ponumerowane).  Oto wykaz kategorii (ze strony fiszki.pl).


Kim jesteś?Co lubisz jeść?Gdzie mieszkasz?
Skąd pochodzisz?Co to jest?Co robisz w ciągu dnia?
Ile masz lat?Czy mówisz po japońsku?Ile to kosztuje?
Kim jesteś z zawodu?Jakie jest twoje hobby?
Czy masz rodzeństwo?Która godzina?


Jak widać, zakres wiedzy, jaki możemy zdobyć dzięki temu zestawowi jest dosyć szeroki. 
Do segregowania tego, co już umiemy i czego się uczymy niezbędne jest pudełko MEMOBOX.  Kartoniki z nowym materiałem wkładamy do przegródki pierwszej, potem w trakcie nauki przekładamy je do kolejnych przegródek, jeśli znamy tłumaczenie, a jeśli nie to karteczki z powrotem wędrują do przegródki pierwszej. Gdy fiszki pokonają już 3 przekładki, oznacza to, że materiał jest już opanowany. Czyż to nie proste?
W nauce wymowy pomoże nam dołączona do zestawu płytka, gdzie nagrane zostały wszystkie słówka i zdania. Wystarczy tylko powtarzać je za lektorem. 
Największą zaleta fiszek jest to, ze możemy zabrać je ze sobą wszędzie. Trzeba tylko włożyć je do małego ochronnego etui (dołączonego do zestawu), a potem do torebki czy portfela i możemy korzystać z nich gdziekolwiek się tylko udamy. Karteczki świetnie sprawdzają się tez jako zakładki do książek. Dzięki temu w trakcie czytania także możemy powtarzać słówka. 

Z tym zestawem świetnie komponują się także FISZKI klejki.

Jest to zbiór 96 naklejek, na których napisane zostały nazwy przedmiotów, z którymi stykamy się w życiu codziennym. Klejki z nazwami musimy umieścić na odpowiadającym im rzeczach, a potem już nowe słówka same wchodzą do głowy, gdy kilka razy spojrzymy na oznakowane przedmioty. Jeśli martwicie się o to, jak po opanowaniu słownictwa usuniecie klejki z mebli to zapewniam Was, że nie jest to żaden kłopot. Sama kilka razy "przeklejałam" naklejki w inne miejsca i nie sprawiło mi to żadnych problemów, schodziły bardzo łatwo, nie zostawiając żadnych śladów.

 Zarówno starter jak i klejki było dla mnie świetną metodą do nauki nowego języka, pozwoliły mi szybko opanować podstawowe słówka i zwroty, dzięki którym będę mogła przedstawić siebie, dogadać się w sklepie i w restauracji. Gorąco polecam je wszystkim. pamiętajcie, że nigdy nie jest za późno, by zacząć się uczyć czegoś nowego, a czas na naukę znajdziecie zawsze, gdyż fiszki mogą Wam wszędzie towarzyszyć. 

Za możliwość korzystania z produktów bardzo dziękuje Wydawnictwu Cztery Głowy. 



Przypominam o KONKURSIE!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Niespokojne kości - Melvin R. Starr


Tytuł oryginału: The Unquiet Bones
Wydawnictwo: PROMIC
Przekład: Andrzej Appel
Rok wydania zagranicznego: 2008
Rok wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 304
Ocena: 5/6

Pewnego dnia w zamkowym szambie zostają odnalezione ludzkie kości. Na miejsce zdarzenia zostaje wezwany miejscowy chirurg Hugh z Singleton. Jest to jeden z synów ubogiego szlachcica, który nie mógł liczyć na to, że otrzyma jakikolwiek spadek po ojcu. Udał się więc na uniwersytet, a tam pewne okoliczności sprawiły, że zamiast uczyć się na księdza, tak jak wcześniej planował, postanowił zająć się medycyną. Po odebraniu wykształcenia los zrządził, ze został lekarzem w Bampton. Kiedy parobek wyławia zwłoki, Hugh ocenia, że należały one do młodej kobiety, która została zamordowana. Młodzieniec otrzymuje polecenie, aby zająć się ta sprawą i ustalić, kto jest winny zbrodni. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy na światło dzienne wydobyte zostają kolejne ciała…
            Przyznam szczerze – powieść porwała mnie od pierwszej strony. Bardzo podobały mi się dokładne opisy średniowiecznych metod leczenia, operacji i zabiegów medycznych. Widać, że autor książki zna się na historii i porządnie się przygotował do pisania. Do tego wątek kryminalny, przygodowy, miłosny… No po prostu coś wspaniałego. Pochłonęłam całą opowieść w kilka godzin, a wiele momentów przyprawiło mnie o drżenie i wypieki na twarzy.
            Hugh zostaje postawiony przed zadaniem, z którym wielu nie dałoby sobie rady. No bo nie oszukujmy się – jak w tamtych czasach, gdy nie znano współczesnych technik zbierania dowodów, można wyjaśnić zagadkę wielokrotnych morderstw?
Także nasz bohater ma z początku sporo problemów i wątpliwości, a jego decyzje nie zawsze są trafne. Jest w tym jednak przesłanie – nikt nie jest nieomylny, a to co wydaje się pewne, wcale nie musi takie być.
            Powieść obfituje w liczne zwroty akcji. Jeden z nich zupełnie mnie zaskoczył, w ogóle się nie spodziewałam, że sprawy przybiorą taki obrót i to jeszcze bardziej podniosło napięcie podczas czytania. Muszę jednak powiedzieć, że na końcu byłam trochę rozczarowana, mimo że wątek kryminalny się rozwiązał, to nie wiadomo było do końca, jak potoczyły się sprawy miłosne bohatera. Poczułam ulgę, gdy dowiedziałam się, że ta książka otwiera cały cykl. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom  historii tego znakomitego chirurga.
            Jeśli chodzi o styl pisania, to pomimo że jest to powieść historyczna, nie ma problemów z odbiorem, a postacie nie mówią samymi archaizmami.  Wszystkie nieznane i trudne słowa są wytłumaczone w przypisach, nie trzeba więc cały czas zaglądać do neta, by znaleźć objaśnienia na przykład jakichś łacińskich sentencji (czego ja akurat bardzo nie lubię).
            Oprawa książki jest bardzo ładnie i starannie wykonana. Okładka zaś przyciąga wzrok i roztacza przed czytelnikiem aurę tajemniczości, która obecna jest w opowieści.
            Szczerze mogę polecić tę powieść wszystkim. Jest doskonałą lekką lekturą na wakacyjne dni, obfitującą w wiele różnych wątków, w których każdy znajdzie coś dla siebie.

Za możliwość przeczytania świetnej książki bardzo dziękuję Wydawnictwu PROMIC.



Przypominam o KONKURSIE!



piątek, 1 czerwca 2012

Podsumowanie maja

Ten miesiąc prezentuje się znacznie lepiej od poprzedniego. Przeczytałam 8 książek. 
1. "Juniper Berry i tajemnicze drzewo" - M.P. Kozlowsky - recenzja
2. "Powrót króla" - J.R.R. Tolkien
3. "Nigdziebądź" - Neil Gaiman - recenzja
4. "Lokatorka Wildfell Hall" - Anne Bronte - recenzja
5. "Czarny piątek" - Alex Kava - recenzja
6. "W cieniu klątwy" - Alyson Noel - recenzja wkrótce
7. "Po zmierzchu" - Haruki Murakami - recenzja
8. "Niespokojne kości" - Melvin R. Starr - recenzja wkrótce


Ilość przeczytanych stron: 2675
Ilość stron dziennie: 82,9


Ilość zrecenzowanych - 7
Nawiązane współprace - 1 - z Wydawnictwem Cztery Głowy. Dziękuję za zaufanie!


Najlepsza książka miesiąca:
# "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"
# "Niespokojne kości"


Najgorsza książka miesiąca:
# "W cieniu klątwy"


Największe rozczarowanie:
# "Czarny piątek"

Wyzwania:
# Haruki Murakami - 1
# Z półki - 6
# Book z nami - 17,8 cm
# Trójka e-pik - 2/3


Przypominam o KONKURSIE!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Uwaga!

Wszystkie teksty zawarte na niniejszym blogu chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.