sobota, 4 sierpnia 2012

Mechaniczny książę - Cassandra Clare

Tytuł oryginału: The Clockwork Prince. The Infernal Devices – Book Two
Wydawnictwo: MAG
Przekład: Anna Reszka
Seria: Diabelskie maszyny
Tom: 2
Rok I wydania zagranicznego: 2011
Rok I wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 494

W magicznym podziemnym świecie wiktoriańskiego Londynu Tessa znalazła bezpieczne schronienie u Nocnych Łowców. Jednakże bezpieczeństwo okazuje się nietrwałe, kiedy grupa podstępnych członków Clave zaczyna spiskować, żeby odsunąć jej protektorkę Charlotte od kierowania Instytutem. Gdyby Charlotte straciła stanowisko, Tessa znalazłaby się na ulicy… jako łatwa zdobycz dla Mistrza, który chce wykorzystać jej moc do własnych celów.
Z pomocą przystojnego i autodestrukcyjnego Willa oraz zakochanego w niej Jema Tessa odkrywa, że wojna Mistrza z Nocnymi Łowcami wynika z osobistych pobudek. Mistrz obwinia ich o spowodowanie tragedii, która zniszczyła mu życie. Żeby poznać tajemnice przeszłości, cała trójka odbywa podróże do mglistego Yorkshire, do rezydencji, w której kryją się nieopisane okropieństwa; do londyńskich slumsów i zaczarowanej sali balowej, gdzie Tessa odkrywa, że prawda o jej pochodzeniu jest bardziej złowieszcza, niż przypuszczała. Kiedy troje przyjaciół spotyka mechanicznego demona, który przekazuje Willowi ostrzeżenie, uświadamiają sobie oni, że Mistrz wie o każdym ich kroku… i że ktoś ich zdradził.
Tessa zaczyna zdawać sobie sprawę, że jej serce bije coraz mocniej dla Jema, choć nadal dręczy ją tęsknota za Willem, mimo jego mrocznych nastrojów. Coś jednak zmienia się w Willu, kruszeje mur, który wokół siebie zbudował. Czy odnalezienie Mistrza uwolni Willa od sekretów i da Tessie odpowiedzi na pytania, kim jest i dlaczego się urodziła? 


Długi ten opis ze strony wydawnictwa, ale nie zawiera w sobie nawet połowy wydarzeń, z którymi przyszło mi spotkać się w tej części. Nie mogłam się jej wprost doczekać, kiedy jakiś czas temu zapoznałam się z pierwszym tomem.

Lektura tego zajęła mi prawie całą noc. Wprost nie mogłam się od niego oderwać. Niemalże każda strona obfitowała w niespodzianki. Nie sposób było się nudzić, kiedy w najbardziej niespodziewanych momentach następowały jeszcze bardziej szokujące zwroty akcji.

Bardzo podobały mi się opisy wiktoriańskiego Londynu, które składały się na niezapomnianą atmosferę tej powieści. To świetnie, gdy niesamowite wydarzenia rozgrywają się na tle historycznie prawdziwych miejsc. Nadaje to wtedy książce dużego stopnia wiarygodności. Osobiście wolę to, niż całkowicie wymyślone krainy, gdzie wszystko może się zdarzyć, a wiele rzeczy zdecydowanie przeczy prawom fizyki.

Uwielbiam książki, gdzie oprócz romansu główną rolę odgrywa także przygoda. Im więcej mrocznych tajemnic tym lepiej. Seria „Diabelskie maszyny” w pełni wpasowuje się w moje czytelnicze gusta. Nie mogę się już doczekać trzeciego (i jeśli dobrze wiem ostatniego niestety) tomu. Jestem także pewna, że za kilka lat z chęcią powrócę jeszcze raz do całości.

Czy macie czasem tak, że ciężko jest Wam napisać recenzję powieści, którą uważacie za fenomenalną? Ja niestety, gdy przeczytam coś naprawdę świetnego, to mam problem z pisaniem, bo mam wrażenie, że nic co powiem o książce, nie będzie tak dobre jak ona sama. Tak zdecydowanie jest w przypadku „Mechanicznego księcia”. Wybaczcie mi zatem chaos w mojej dzisiejszej wypowiedzi, ale jestem pod tak ogromnym wrażeniem powieści, że zdania po prostu mi się nie kleją.

Polecam gorąco Wam wszystkim sięgniecie po tę wyjątkową serię. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Ja zaś w czasie oczekiwania na kolejny tom mam zamiar zapoznać się z innymi dziełami tej autorki. Ciekawe, czy będą się także tak dobrze prezentować?

Moja ocena:

>>5,5/6<<


Za możliwość przeczytania świetnej powieści dziękuję serdecznie Wydawnictwu MAG.

piątek, 3 sierpnia 2012

Ilustrowana szkoła gotowania - kuchnia włoska krok po kroku


Tytuł oryginału: A scuola di cucina. Attrezzi, tecniche, ricette e preparazioni di base illustrate step by step
Wydawnictwo: Jedność
Przekład: Edyta Tkaczyk-Borówka
Rok wydania polskiego: 2011
Ilość stron: 512

Już od dawna lubię gotować, poznawać nowe przepisy i testować je w praktyce. Choć nie zawsze wszystko wychodzi mi tak, jak powinno, to nie poddaję się i próbuję dalej. Kuchnia włoska fascynuje mnie chyba najbardziej. Uwielbiam spaghetti, pasty, pizzę, czy tiramisu. Do tej pory jednak nie miałam za bardzo, jak je robić (z braku dobrej książki kucharskiej) i zadowalałam się daniami w restauracjach. Teraz mogę już bez przeszkód sama spróbować swoich sił w pichceniu.

Postanowiłam zacząć swoją przygodę od ciasta na pizzę. Otworzyłam książkę na odpowiedniej stronie i zachwyciłam się dokładnym opisem. Najpierw wyszczególnione zostały potrzebne składniki. Potem sposób przygotowania przedstawiono na kilku zdjęciach. Obrazki były ponumerowane, a każdy z nich dodatkowo opisany. Nie sposób się pomylić, czy coś przeoczyć (co mi się niestety dość często zdarza).  Kiedy już ciasto spoczywało gotowe na blasze, zabrałam się za przyozdabianie – to zdecydowanie moja ulubiona część. Rozsmarowałam przygotowany wcześniej na podstawie przepisu z innej strony sos pomidorowy, ułożyłam salami, oliwki, pieczarki, przysypałam serem. Wstawiłam wszystko do pieca, poczekałam piętnaście minut i mogłam się cieszyć przepysznym obiadkiem.  Nawiasem mówiąc niewiele go dla mnie zostało, gdy tylko moja kochana rodzinka zwietrzyła tę aromatyczną woń. :)

Podczas przeglądania książki znalazłam przepisy na między innymi takie cudeńka, jak lasagne, ciasto francuskie, bezy, krem kataloński, pieczeń wołowa, omlety, sorbet, czy nawet tradycyjne włoskie sushi ;). Dowiedziałam się także jak przyrządzać rozmaite makarony i sosy do nich oraz jak wykorzystywać na przykład obierki od jabłka do sprytnego przyozdabiania stołu.

Jutro zamierzam zrobić na deser, wyglądający smakowicie mus z owocami leśnymi. Rano będę tylko musiała wybrać się do miasta po świeże malinki, jagody i borówki, a po południu mogę zaczynać. Chyba podwoję wszystkie składniki, bo coś czuję, że kremu może zabraknąć dla wszystkich moich domowych żarłoków.

Jestem absolutnie zachwycona tą książką. Nie dość, że jest pełna fantastycznych przepisów, to jeszcze wszystko jest wytłumaczone czarno na białym, każdy etap dokładnie opisany i sfotografowany. Dzięki temu wykonanie dań z kuchni włoskiej nie stanowi trudności dla nikogo. Poradzą sobie z tym nawet osoby, mające tak zwane „dwie lewe ręce” w gotowaniu.

Za pomniałam jeszcze wspomnieć o takich udogodnieniach, jak podzielenie księgi na rozdziały takie jak: ciasta, sosy, mięso, ryby, warzywa, owoce i słodkości. Na początku każdego z nich wymienione są narzędzia, które będą nam potrzebne do wykonania potraw. Oprócz tego na końcu znajdziemy bardzo pomocny słowniczek z tłumaczeniem włoskich zagadnień i kucharskich terminów. Do tego dochodzi także szczegółowy indeks, który pozwala na szybkie znalezienie konkretnych przepisów.

Bez wątpienia będę jeszcze często korzystać z tej książki i wypróbowywać kolejne dania.
Wszystkim, którzy cenią sobie dobrą kuchnię i są otwarci na nowe smaki, gorąco polecam tę pozycję. Powiem więcej – uważam, że jest ona niezbędna w każdym domu, bo zdecydowanie nie należy ograniczać się tylko do znanych nam z dziada pradziada przepisów, a trzeba być otwartym na nowe kulinarne wrażenia!

Moja ocena:
>>6/6<<

Za możliwość korzystania ze świetnej książki kucharskiej dziękuję serdecznie księgarni Merlin.

Książkę możecie nabyć tu.




czwartek, 2 sierpnia 2012

Podsumowanie lipca

W lipcu udało mi się przeczytać 12 książek. Były to:

1. "Operacja Leopard" - 4,5/6 - recenzja
2. "Tamtego lata" - 4,5/6 - recenzja
3. "Czerwony hotel" - 4/6 - recenzja
4. "Kurier" - 5/6 - recenzja
5. "Ucieczka" - 5/6 - myślę, że stworzę jakąś zbiorową recenzję, gdy już uporam się z całą serią Cherub
6. "Świadek" - 5/6 - j.w.
7. "Eve" - 5/6 - recenzja
8. "Córka dymu i kości" - 5,5/6 - recenzja wkrótce
9. "Bękart Eddiego" - 5,5/6 - recenzja
10. "Skrzydła nad Delft" - 4,5/6 - recenzja
11. "Carska roszada" - 4-/6 - recenzja
12. "Purpura i czerń" - 5/6 - recenzja

Ilość przeczytanych stron: 3767
Ilość stron dziennie: 121,5

Ilość zrecenzowanych - 12

Nawiązane współprace - 1 - z księgarnia internetową Merlin. Dziękuję za zaufanie!

Najlepsza książka miesiąca:
# "Córka dymu i kości"
# "Bękart Eddiego"

Najgorsza książka miesiąca:
# niestety chyba "Carska roszada"

Największe rozczarowanie:
# "Carska roszada"

Wyzwania:
# Haruki Murakami - 0
# Z półki - 8
# Book z nami - 24,9 cm
# Trójka e-pik - 1/3

Jestem ogromnie zadowolona z wyników, jakie udało mi się osiągnąć w tym miesiącu, ale jednocześnie zamierzam ten rekord pobić w sierpniu.

środa, 1 sierpnia 2012

Purpura i czerń - J.P. Gallagher


Tytuł oryginału: The Scarlet and the Black. The True Story of Monsignor Hugh O’Flaherty, Hero of the Vatican Underground
Wydawnictwo: PROMIC
Przekład: Krzysztof Kurek
Rok I wydania zagranicznego: 1967
Rok I wydania polskiego: 2010
Ilość stron: 242

Ta opowieść zawiera wszystkie elementy bestsellerowej literatury sensacyjnej: wątki szpiegowskie, spiski i fortele, tajne akcje przeprowadzane pod osłoną nocy, zmagania ze złem… Tylko że to historia prawdziwa. Purpura i czerń przedstawia zdumiewające i heroiczne losy monsiniora Hugh O’Flaherty’ego, człowieka nazwanego „Szkarłatnym Kwiatem Watykanu”.
________________________________

Monsignor O’Flaherty był człowiekiem niezwykłym. Piastował wysoki urząd w Watykanie, ale oprócz pracy i posługi duszpasterskiej uwielbiał grywać w golfa z włoską arystokracją. Do tego w młodości bardzo dobrze radził sobie w boksie amatorskim. Kiedy nadeszła wojna rozpoczął swoją działalność pomocy zbiegłym jeńcom. W niedługim czasie mała grupka księży, ukrywająca żołnierzy i antyfaszystów różnych narodowości, przekształciła się w porządną, dobrze zorganizowaną organizację. Monsignor wykorzystywał swoje przedwojenne kontakty do zdobycia funduszy na żywność i lokum dla zbiegów. Igrał na nosie Niemcom przeprowadzając przez miasto w biały dzień poszukiwanych przez niech ludzi, czy wędrując po ulicach długo po godzinie policyjnej.

Urzekła mnie historia tego niezwykłego człowieka. Strach wywoływała we mnie niejednokrotnie jego naiwność – wprowadzał w tajemnice organizacji całkowicie obcych ludzi, którzy mogli przecież okazać się szpiegami wroga. Jednak nie było to spowodowane nieznajomością realiów, lecz jego wiarą w ludzką dobroć i lojalność.

Muszę przyznać, że oprócz nieustannego drżenia o losy spiskowców, także nieźle się ubawiłam przy tej książce. To, jakie ci ludzie mieli szczęście, przekraczało wręcz moje wyobrażenia i sprawiało, że niemalże skakałam z radości, gdy komuś udało się uniknąć nalotu, czy wyskoczyć z pędzącego pociągu, będącego w drodze do obozu.  Często zbiedzy używali przezabawnych sposobów na oszukanie wroga - na przykład, gdy Niemcy wkraczali do mieszkania, brytyjski oficer udawał niepełnego rozumu kuzyna gospodarzy, a inny wskakiwał do łóżka ich córki. Przecież, żeby odegrać taką komedię przed ludźmi, którzy mogą cię w każdej chwili zastrzelić, trzeba mieć stalowe nerwy!

Książka to raczej dokument, w którym często przytaczane są wypowiedzi bohaterów (w formie anegdot), niż zbeletryzowana powieść. Zawartych w niej zostało bardzo wiele interesujących informacji, dotyczących np. administracji w Watykanie. Dzięki niej dowiedziałam się miedzy innymi, jakie dokładnie wymagania muszą spełnić mężczyźni, którzy chcą wstąpić do Gwardii Szwajcarskiej – od dawna mnie to intrygowało.

Przyznam szczerze – była to wspaniała, emocjonująca lektura. Pokazała mi, że prawdziwe bohaterstwo jest ciche. Nie potrzebuje orderów ani medali. Wywodzi się przede wszystkim z chęci pomocy i miłości do ludzi. Nieważne, jakiej są narodowości, w co wierzą, czy jakie wyznają zasady. Najważniejszą wartością jest przede wszystkim życie.

Na podstawie tej książki powstał film o tym samym tytule, który zamierzam w najbliższym czasie zdobyć i obejrzeć. Ciekawe, czy poruszy mnie tak samo jak jego literacki zapis, który polecam gorąco wszystkim, jako niezwykle pouczające świadectwo ludzkiej bezinteresowności i miłosierdzia.

Moja ocena:
>>5/6<<

Za możliwość przeczytania niezwykłej książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu PROMIC.

Ilustracje:
1. Zdjęcie Monsignora Hugh O'Flaherty'ego ze skrzydełka książki
2. Okładka filmu "Purpura i czerń"



poniedziałek, 30 lipca 2012

Bękart Eddiego - William Kowalski


Tytuł oryginału: Eddie's bastard
Wydawnictwo: Libros
Przekład: Ewa Horodyska, Dorota Malinowska
Cykl: Bękart Eddiego
Tom: 1
Rok wydania zagranicznego: 1999
Rok wydania polskiego: 2001
Ilość stron: 444


Billy - "Bękart Eddiego" - nieślubny błękitnooki syn Eddiego, pilota poległego w Wietnamie, oraz nieznanej matki, zjawia się w koszyku pod drzwiami domu przodków, niegdyś okazałego, obecnie zaś podupadłego i nawiedzonego przez duchy. Osamotniony i zgorzkniały dziadek Thomas ofiarowuje wnukowi miłość i fascynujące opowieści o rodzinie Mannów.

Historie o przodkach i własne doświadczenia wyjaśniają Billy'emu znaczenie odwagi i tchórzostwa, życia i śmierci, a także wagę i piękno rodzinnej przeszłości, kształtującej ludzki los.
 



Udało mi się tę nad wyraz uroczą książkę podłapać w bibliotece. Przyznam, że tego typu obyczajowe powieści ze szczyptą magii są chyba moim ulubionym gatunkiem. Jest w nich taka jakaś nostalgia, melancholia spowodowana wspomnieniami dawnych czasów. 


Historia chłopca, wychowującego się tylko z dziadkiem w ogromnym domu, pamiętającym jeszcze wspaniałe lata, gdy był pełen gwaru i śmiechu licznej rodziny, urzekła mnie od pierwszej strony. Ktoś mógłby z pewnością powiedzieć, że fabuła nie jest porywająca, nie ma niespodziewanych zwrotów akcji, ot tak po prostu wydarzenia następują po sobie raz za razem. Cóż to prawda, ale tę książkę czyta się przede wszystkim dla długich, wspaniale skonstruowanych opisów, barwnych dialogów i cudownych opowieści.  Niejednokrotnie dała mi ona powody do wielu różnych emocji - od śmiechu przez strach aż do licznych wzruszeń. 


I tak jak to zwykle bywa w przypadku takich powieści, przeczytanie ostatnich stu stron odwlekałam w czasie przez ponad tydzień. Nie dlatego, że opowieść mnie znudziła. Po prostu musiałam się przygotować psychicznie na koniec, który jak już z doświadczenia wiem prawie zawsze jest trudny i przejmujący. I tym razem nie było inaczej. Okropnie się spłakałam... Lecz na szczęście z toni bezbrzeżnego smutku wypłynęła także nadzieja, zarówno dla mnie jak i dla głównego bohatera. 


Długo czytałam tę książkę i równie dużo czasu zajęło mi zebranie się w sobie do napisania tej recenzji, a w sumie to wyszła mi ona bardziej jak opinia. W najbliższym czasie zamierzam sobie zorganizować jakoś drugą część tej przepięknej powieści. Jej autora śmiało można postawić na podium na równi z moim ulubieńcem i mistrzem gatunku Johnem Irvingiem. 


Jeśli macie ochotę oderwać się na chwilę od literatury pełniej nieziemskich stworów, banalnych romansów i przerażających zbrodni to ta powieść będzie dla Was jak znalazł. Ja w każdym razie polecam. 


Moja ocena:
>>5,5/6<<



sobota, 28 lipca 2012

Skrzydła nad Delft - Aubrey Flegg


Tytuł oryginału: Wings over Delft
Wydawnictwo: Esprit
Przekład: Krzysztof Mazurek
Cykl: The Louise Trilogy
Tom: 1
Rok wydania zagranicznego: 2004
Rok wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 256

Z okładki:
Holenderskie miasteczko Delft, połowa XVII wieku. Louise Eeden, córka uznanego projektanta porcelany, doskonale wie, czego oczekuje się od niej ze względu na interesy rodzinne. Kiedy więc ojciec zleca słynnemu artyście, Jacobowi Haitinkowi, wykonanie jej portretu, przystaje na to, choć niechętnie. Godzi się też z myślą, że dla dobra prowadzonej przez ojca firmy ma wkrótce poślubić Reyniera de Vriesa, syna największego producenta ceramiki w Delft. 

Sytuacja komplikuje się jednak, gdy w pracowni malarskiej dziewczyna poznaje Pietera, młodego pomocnika mistrza. Dzieli ich religia, majątek, pochodzenie – czy połączy miłość?


Książka Aubrey’a Flegga wprowadza w niezwykły świat XVII-wiecznej Holandii. Portretuje złoty wiek malarstwa, epokę narodzin wielkich mistrzów i rozkwitu gospodarczego, a jednocześnie niepokojów religijnych – znane również z książki Dziewczyna z perłą.

Moja recenzja:
„Skrzydła nad Delft” to debiutancka powieść irlandzkiego pisarza, która wkrótce po wydaniu została okrzyknięta bestsellerem. Ja osobiście nie sięgnęłam po nią z tego powodu, lecz dlatego, że miała nawiązywać atmosferą do mojej ulubionej „Dziewczyny z perłą”. Czy nawiązywała? Cóż raczej tak, ale nie zostało to spowodowane magicznym klimatem, lecz licznymi podobieństwami fabuł obu dzieł.

Przede wszystkim akcja tychże utworów rozgrywa się w Delft, lecz to raczej jeszcze nie zbrodnia, że wydarzenia w obu książkach dzieją się w tym samym mieście, choć z drugiej strony, czy w Holandii nie ma już innych miejscowości?
Dla tych, którzy nie czytali, przedstawię w skrócie fabułę „Dziewczyny…”. Otóż chodziło o to, że znany malarz arystokrata postanowił namalować służącą w perłowych kolczykach. Przez to na mieście zaczęto podejrzewać, że dziewczyna jest jego kochanką, ludzie ją wyszydzali. Do tego dochodziły też chyba kwestie wiary, bo bohaterowie wyznawali (jeśli dobrze pamiętam) różną religię.  
W „Skrzydłach…” jest mniej więcej podobnie z tą różnicą, że malowana szlachcianka nie zakochuje się w artyście, tylko w czeladniku, czyli mamy tak mniej więcej na odwrót niż w przytoczonej wyżej powieści.
Trzecie podobieństwo wynika z profesji ojców obu pań – zajmują się ceramiką i ozdabianiem porcelany. Tyle tylko, ze rodzic służki nie mógł osiągnąć w tej materii zbyt wiele, a wytwórnia pana Eedena świetnie prosperuje.

Pomimo tych oczywistych i mnożących się stale nawiązań brnęłam coraz dalej w powieść, aż w końcu doczekałam się szokującego końca, który… zmienił całe moje pierwotne podejście do książki. To było coś tak niespodziewanego, że jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu lektury nie mogłam dojść do siebie. Oczywiście, jak potem zaczęłam się zastanawiać, to można było to przewidzieć, jednak fabuła została tak skonstruowana, by taki sposób rozwiązania akcji nie nasuwał się od razu.

Teraz nurtuje mnie tylko, jak po czymś takim można będzie napisać jeszcze kolejne części. Co innego, gdyby cykl nazywał się trylogia Pietera, a nie Louise.  Autor będzie musiał stanąć na rzęsach, by to jakoś wiarygodnie rozbudować i posklejać.
Tym niemniej nie mogę się już doczekać kolejnego tomu, wprost muszę się dowiedzieć, co będzie dalej i jak pan Flegg pozbędzie się supła, który sam zaplątał.  

A Wam wszystkim polecam sięgniecie po tę książkę. Nie zniechęcajcie się, jak przebrniecie przez początek, to dalej będzie już tylko lepiej a emocji pod koniec nie zabraknie – obiecuję ;).


Moja ocena:
>>4,5/6<<

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Esprit. 

czwartek, 26 lipca 2012

Carska roszada - Melchior Medard


Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 392

Z okładki:
Koniec XIX wieku, Warszawa. Miasto niespokojne, dopiero co spacyfikowane po kolejnym spisku antycarskim. Miasto wielkich interesów i ekskluzywnych hoteli, ale też dzielnic biedy i zawszonych burdeli.
Miasto, w którym ktoś w okrutny sposób morduje kobiety...
Estar Pawłowicz Van Houten, tajny urzędnik do zadań specjalnych, przyjeżdża ze stolicy Imperium, by wyjaśnić sprawę zabójstw młodych kobiet. Musiał radzić sobie już z podobnymi wyzwaniami, nie tylko w Rosji. W pracy śledczego wykorzystuje najnowsze zdobycze nauki i techniki. Czasem wywołuje to podziw, a czasem niesmak kolegów z policji.
Dopiero w Warszawie Van Houten orientuje się, że sprawa ma drugie, a nawet trzecie dno. Zaczyna się rozgrywka sięgająca szczytów władzy i europejskich dworów monarszych. Szpiedzy, mordercy, zboczeńcy, piękne kobiety, spiski, zabójstwa – oto świat tajnego radcy Estara Pawłowicza.

Moja recenzja:
Od pierwszego wejrzenia książka mnie intrygowała. Najpierw ciekawość wzbudziła bardzo ładnie wykonana grafika na okładce, a potem króciutki opis zawarty nad tytułem – „Opowieść prawie sensacyjna, momentami romansowa, częściej zagadkowa, niekiedy erotyczna.”  Kiedy zaczęłam przewracać pierwsze strony ilość wydarzeń wręcz we mnie uderzyła. Ale niestety tak było tylko przez moment, bo dalej wszystko się jakoś rozlazło.  Fabuła z ciekawej zmieniła się na przeciętną, nie była ani porywająca ani nudna, ot taka sobie. Autor miał naprawdę fajny pomysł, który chyba jednak trochę go przerósł.

Na jakość czytania bardzo źle wpłynęła przede wszystkim dość chaotyczna narracja. W powieści liczne były przeskoki na innych bohaterów, wtrącane spore retrospekcje. Jednak te przejścia zostały słabo zaakcentowane. Do tego w środku jakiejś ciekawszej akcji pojawiały się ni z gruszki ni z pietruszki fragmenty jakichś listów i dzienników, które bez wątpienia miały wzbudzić w odbiorcy emocje, jednak w moim przypadku niestety tak nie było.

Inną sprawą była duża liczba bohaterów, którzy mieli wymyślone długie i dziwaczne imiona, nazwiska i tytuły, co sprawiło, że najzwyczajniej w świecie mi się mylili. Często też zapominałam, ze dana postać została już wcześniej przedstawiona i dziwiłam się, skąd nagle się wzięła.

Do tego wszystkiego doszły też wątki wypełniacze, jak na przykład spotkanie po latach dwóch dawnych kochanek, które zakończyło się szczegółowo opisaną sceną miłosna, czy też występy hinduskiej tancerki.  Autor z całą pewnością usiłował nadać swojemu dziełu nieco pikanterii, ale przede wszystkim dzięki temu nabrała ona większej objętości.

No dobra, dotąd wyłuszczałam same wady, teraz zaś czas na jakąś zaletę. A tą jest na pewno język powieści. Opisy obfitują w detale, epitety, zagraniczne powiedzenia i idiomy. Można chyba powiedzieć, że jest to taki „kwiecisty” styl pisania, przyznam, że nigdy się jeszcze z czymś takim nie zetknęłam. Kiedy czytałam książkę miałam wrażenie, że pan Medard musi być zapalonym gadułą, czy też krasomówcą. I to właśnie ta cecha jego prozy przekonuje mnie do zapoznania się z przyszłymi utworami, które (mam nadzieję) wyjdą jeszcze spod jego ręki. 
Kiedyś czytałam książki tylko dla ciekawej fabuły i akcji, ale teraz nauczyłam się zauważać także inne cechy. Musze przyznać, że w znacznej mierze wpłynęło na to rozpoczęcie blogowania.

Tak więc, dzięki wspaniałemu warsztatowi pisarskiemu powieść wybroniła się. Nie żałuję czasu, który spędziłam, czytając ją. Polecam Wam ją z tego względu, ale na wstępie ostrzegam, że wymaga ona skupienia i uwagi przy lekturze.

Moja ocena:
>>4-/6<<

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Uwaga!

Wszystkie teksty zawarte na niniejszym blogu chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.