czwartek, 2 sierpnia 2012

Podsumowanie lipca

W lipcu udało mi się przeczytać 12 książek. Były to:

1. "Operacja Leopard" - 4,5/6 - recenzja
2. "Tamtego lata" - 4,5/6 - recenzja
3. "Czerwony hotel" - 4/6 - recenzja
4. "Kurier" - 5/6 - recenzja
5. "Ucieczka" - 5/6 - myślę, że stworzę jakąś zbiorową recenzję, gdy już uporam się z całą serią Cherub
6. "Świadek" - 5/6 - j.w.
7. "Eve" - 5/6 - recenzja
8. "Córka dymu i kości" - 5,5/6 - recenzja wkrótce
9. "Bękart Eddiego" - 5,5/6 - recenzja
10. "Skrzydła nad Delft" - 4,5/6 - recenzja
11. "Carska roszada" - 4-/6 - recenzja
12. "Purpura i czerń" - 5/6 - recenzja

Ilość przeczytanych stron: 3767
Ilość stron dziennie: 121,5

Ilość zrecenzowanych - 12

Nawiązane współprace - 1 - z księgarnia internetową Merlin. Dziękuję za zaufanie!

Najlepsza książka miesiąca:
# "Córka dymu i kości"
# "Bękart Eddiego"

Najgorsza książka miesiąca:
# niestety chyba "Carska roszada"

Największe rozczarowanie:
# "Carska roszada"

Wyzwania:
# Haruki Murakami - 0
# Z półki - 8
# Book z nami - 24,9 cm
# Trójka e-pik - 1/3

Jestem ogromnie zadowolona z wyników, jakie udało mi się osiągnąć w tym miesiącu, ale jednocześnie zamierzam ten rekord pobić w sierpniu.

środa, 1 sierpnia 2012

Purpura i czerń - J.P. Gallagher


Tytuł oryginału: The Scarlet and the Black. The True Story of Monsignor Hugh O’Flaherty, Hero of the Vatican Underground
Wydawnictwo: PROMIC
Przekład: Krzysztof Kurek
Rok I wydania zagranicznego: 1967
Rok I wydania polskiego: 2010
Ilość stron: 242

Ta opowieść zawiera wszystkie elementy bestsellerowej literatury sensacyjnej: wątki szpiegowskie, spiski i fortele, tajne akcje przeprowadzane pod osłoną nocy, zmagania ze złem… Tylko że to historia prawdziwa. Purpura i czerń przedstawia zdumiewające i heroiczne losy monsiniora Hugh O’Flaherty’ego, człowieka nazwanego „Szkarłatnym Kwiatem Watykanu”.
________________________________

Monsignor O’Flaherty był człowiekiem niezwykłym. Piastował wysoki urząd w Watykanie, ale oprócz pracy i posługi duszpasterskiej uwielbiał grywać w golfa z włoską arystokracją. Do tego w młodości bardzo dobrze radził sobie w boksie amatorskim. Kiedy nadeszła wojna rozpoczął swoją działalność pomocy zbiegłym jeńcom. W niedługim czasie mała grupka księży, ukrywająca żołnierzy i antyfaszystów różnych narodowości, przekształciła się w porządną, dobrze zorganizowaną organizację. Monsignor wykorzystywał swoje przedwojenne kontakty do zdobycia funduszy na żywność i lokum dla zbiegów. Igrał na nosie Niemcom przeprowadzając przez miasto w biały dzień poszukiwanych przez niech ludzi, czy wędrując po ulicach długo po godzinie policyjnej.

Urzekła mnie historia tego niezwykłego człowieka. Strach wywoływała we mnie niejednokrotnie jego naiwność – wprowadzał w tajemnice organizacji całkowicie obcych ludzi, którzy mogli przecież okazać się szpiegami wroga. Jednak nie było to spowodowane nieznajomością realiów, lecz jego wiarą w ludzką dobroć i lojalność.

Muszę przyznać, że oprócz nieustannego drżenia o losy spiskowców, także nieźle się ubawiłam przy tej książce. To, jakie ci ludzie mieli szczęście, przekraczało wręcz moje wyobrażenia i sprawiało, że niemalże skakałam z radości, gdy komuś udało się uniknąć nalotu, czy wyskoczyć z pędzącego pociągu, będącego w drodze do obozu.  Często zbiedzy używali przezabawnych sposobów na oszukanie wroga - na przykład, gdy Niemcy wkraczali do mieszkania, brytyjski oficer udawał niepełnego rozumu kuzyna gospodarzy, a inny wskakiwał do łóżka ich córki. Przecież, żeby odegrać taką komedię przed ludźmi, którzy mogą cię w każdej chwili zastrzelić, trzeba mieć stalowe nerwy!

Książka to raczej dokument, w którym często przytaczane są wypowiedzi bohaterów (w formie anegdot), niż zbeletryzowana powieść. Zawartych w niej zostało bardzo wiele interesujących informacji, dotyczących np. administracji w Watykanie. Dzięki niej dowiedziałam się miedzy innymi, jakie dokładnie wymagania muszą spełnić mężczyźni, którzy chcą wstąpić do Gwardii Szwajcarskiej – od dawna mnie to intrygowało.

Przyznam szczerze – była to wspaniała, emocjonująca lektura. Pokazała mi, że prawdziwe bohaterstwo jest ciche. Nie potrzebuje orderów ani medali. Wywodzi się przede wszystkim z chęci pomocy i miłości do ludzi. Nieważne, jakiej są narodowości, w co wierzą, czy jakie wyznają zasady. Najważniejszą wartością jest przede wszystkim życie.

Na podstawie tej książki powstał film o tym samym tytule, który zamierzam w najbliższym czasie zdobyć i obejrzeć. Ciekawe, czy poruszy mnie tak samo jak jego literacki zapis, który polecam gorąco wszystkim, jako niezwykle pouczające świadectwo ludzkiej bezinteresowności i miłosierdzia.

Moja ocena:
>>5/6<<

Za możliwość przeczytania niezwykłej książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu PROMIC.

Ilustracje:
1. Zdjęcie Monsignora Hugh O'Flaherty'ego ze skrzydełka książki
2. Okładka filmu "Purpura i czerń"



poniedziałek, 30 lipca 2012

Bękart Eddiego - William Kowalski


Tytuł oryginału: Eddie's bastard
Wydawnictwo: Libros
Przekład: Ewa Horodyska, Dorota Malinowska
Cykl: Bękart Eddiego
Tom: 1
Rok wydania zagranicznego: 1999
Rok wydania polskiego: 2001
Ilość stron: 444


Billy - "Bękart Eddiego" - nieślubny błękitnooki syn Eddiego, pilota poległego w Wietnamie, oraz nieznanej matki, zjawia się w koszyku pod drzwiami domu przodków, niegdyś okazałego, obecnie zaś podupadłego i nawiedzonego przez duchy. Osamotniony i zgorzkniały dziadek Thomas ofiarowuje wnukowi miłość i fascynujące opowieści o rodzinie Mannów.

Historie o przodkach i własne doświadczenia wyjaśniają Billy'emu znaczenie odwagi i tchórzostwa, życia i śmierci, a także wagę i piękno rodzinnej przeszłości, kształtującej ludzki los.
 



Udało mi się tę nad wyraz uroczą książkę podłapać w bibliotece. Przyznam, że tego typu obyczajowe powieści ze szczyptą magii są chyba moim ulubionym gatunkiem. Jest w nich taka jakaś nostalgia, melancholia spowodowana wspomnieniami dawnych czasów. 


Historia chłopca, wychowującego się tylko z dziadkiem w ogromnym domu, pamiętającym jeszcze wspaniałe lata, gdy był pełen gwaru i śmiechu licznej rodziny, urzekła mnie od pierwszej strony. Ktoś mógłby z pewnością powiedzieć, że fabuła nie jest porywająca, nie ma niespodziewanych zwrotów akcji, ot tak po prostu wydarzenia następują po sobie raz za razem. Cóż to prawda, ale tę książkę czyta się przede wszystkim dla długich, wspaniale skonstruowanych opisów, barwnych dialogów i cudownych opowieści.  Niejednokrotnie dała mi ona powody do wielu różnych emocji - od śmiechu przez strach aż do licznych wzruszeń. 


I tak jak to zwykle bywa w przypadku takich powieści, przeczytanie ostatnich stu stron odwlekałam w czasie przez ponad tydzień. Nie dlatego, że opowieść mnie znudziła. Po prostu musiałam się przygotować psychicznie na koniec, który jak już z doświadczenia wiem prawie zawsze jest trudny i przejmujący. I tym razem nie było inaczej. Okropnie się spłakałam... Lecz na szczęście z toni bezbrzeżnego smutku wypłynęła także nadzieja, zarówno dla mnie jak i dla głównego bohatera. 


Długo czytałam tę książkę i równie dużo czasu zajęło mi zebranie się w sobie do napisania tej recenzji, a w sumie to wyszła mi ona bardziej jak opinia. W najbliższym czasie zamierzam sobie zorganizować jakoś drugą część tej przepięknej powieści. Jej autora śmiało można postawić na podium na równi z moim ulubieńcem i mistrzem gatunku Johnem Irvingiem. 


Jeśli macie ochotę oderwać się na chwilę od literatury pełniej nieziemskich stworów, banalnych romansów i przerażających zbrodni to ta powieść będzie dla Was jak znalazł. Ja w każdym razie polecam. 


Moja ocena:
>>5,5/6<<



sobota, 28 lipca 2012

Skrzydła nad Delft - Aubrey Flegg


Tytuł oryginału: Wings over Delft
Wydawnictwo: Esprit
Przekład: Krzysztof Mazurek
Cykl: The Louise Trilogy
Tom: 1
Rok wydania zagranicznego: 2004
Rok wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 256

Z okładki:
Holenderskie miasteczko Delft, połowa XVII wieku. Louise Eeden, córka uznanego projektanta porcelany, doskonale wie, czego oczekuje się od niej ze względu na interesy rodzinne. Kiedy więc ojciec zleca słynnemu artyście, Jacobowi Haitinkowi, wykonanie jej portretu, przystaje na to, choć niechętnie. Godzi się też z myślą, że dla dobra prowadzonej przez ojca firmy ma wkrótce poślubić Reyniera de Vriesa, syna największego producenta ceramiki w Delft. 

Sytuacja komplikuje się jednak, gdy w pracowni malarskiej dziewczyna poznaje Pietera, młodego pomocnika mistrza. Dzieli ich religia, majątek, pochodzenie – czy połączy miłość?


Książka Aubrey’a Flegga wprowadza w niezwykły świat XVII-wiecznej Holandii. Portretuje złoty wiek malarstwa, epokę narodzin wielkich mistrzów i rozkwitu gospodarczego, a jednocześnie niepokojów religijnych – znane również z książki Dziewczyna z perłą.

Moja recenzja:
„Skrzydła nad Delft” to debiutancka powieść irlandzkiego pisarza, która wkrótce po wydaniu została okrzyknięta bestsellerem. Ja osobiście nie sięgnęłam po nią z tego powodu, lecz dlatego, że miała nawiązywać atmosferą do mojej ulubionej „Dziewczyny z perłą”. Czy nawiązywała? Cóż raczej tak, ale nie zostało to spowodowane magicznym klimatem, lecz licznymi podobieństwami fabuł obu dzieł.

Przede wszystkim akcja tychże utworów rozgrywa się w Delft, lecz to raczej jeszcze nie zbrodnia, że wydarzenia w obu książkach dzieją się w tym samym mieście, choć z drugiej strony, czy w Holandii nie ma już innych miejscowości?
Dla tych, którzy nie czytali, przedstawię w skrócie fabułę „Dziewczyny…”. Otóż chodziło o to, że znany malarz arystokrata postanowił namalować służącą w perłowych kolczykach. Przez to na mieście zaczęto podejrzewać, że dziewczyna jest jego kochanką, ludzie ją wyszydzali. Do tego dochodziły też chyba kwestie wiary, bo bohaterowie wyznawali (jeśli dobrze pamiętam) różną religię.  
W „Skrzydłach…” jest mniej więcej podobnie z tą różnicą, że malowana szlachcianka nie zakochuje się w artyście, tylko w czeladniku, czyli mamy tak mniej więcej na odwrót niż w przytoczonej wyżej powieści.
Trzecie podobieństwo wynika z profesji ojców obu pań – zajmują się ceramiką i ozdabianiem porcelany. Tyle tylko, ze rodzic służki nie mógł osiągnąć w tej materii zbyt wiele, a wytwórnia pana Eedena świetnie prosperuje.

Pomimo tych oczywistych i mnożących się stale nawiązań brnęłam coraz dalej w powieść, aż w końcu doczekałam się szokującego końca, który… zmienił całe moje pierwotne podejście do książki. To było coś tak niespodziewanego, że jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu lektury nie mogłam dojść do siebie. Oczywiście, jak potem zaczęłam się zastanawiać, to można było to przewidzieć, jednak fabuła została tak skonstruowana, by taki sposób rozwiązania akcji nie nasuwał się od razu.

Teraz nurtuje mnie tylko, jak po czymś takim można będzie napisać jeszcze kolejne części. Co innego, gdyby cykl nazywał się trylogia Pietera, a nie Louise.  Autor będzie musiał stanąć na rzęsach, by to jakoś wiarygodnie rozbudować i posklejać.
Tym niemniej nie mogę się już doczekać kolejnego tomu, wprost muszę się dowiedzieć, co będzie dalej i jak pan Flegg pozbędzie się supła, który sam zaplątał.  

A Wam wszystkim polecam sięgniecie po tę książkę. Nie zniechęcajcie się, jak przebrniecie przez początek, to dalej będzie już tylko lepiej a emocji pod koniec nie zabraknie – obiecuję ;).


Moja ocena:
>>4,5/6<<

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Esprit. 

czwartek, 26 lipca 2012

Carska roszada - Melchior Medard


Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 392

Z okładki:
Koniec XIX wieku, Warszawa. Miasto niespokojne, dopiero co spacyfikowane po kolejnym spisku antycarskim. Miasto wielkich interesów i ekskluzywnych hoteli, ale też dzielnic biedy i zawszonych burdeli.
Miasto, w którym ktoś w okrutny sposób morduje kobiety...
Estar Pawłowicz Van Houten, tajny urzędnik do zadań specjalnych, przyjeżdża ze stolicy Imperium, by wyjaśnić sprawę zabójstw młodych kobiet. Musiał radzić sobie już z podobnymi wyzwaniami, nie tylko w Rosji. W pracy śledczego wykorzystuje najnowsze zdobycze nauki i techniki. Czasem wywołuje to podziw, a czasem niesmak kolegów z policji.
Dopiero w Warszawie Van Houten orientuje się, że sprawa ma drugie, a nawet trzecie dno. Zaczyna się rozgrywka sięgająca szczytów władzy i europejskich dworów monarszych. Szpiedzy, mordercy, zboczeńcy, piękne kobiety, spiski, zabójstwa – oto świat tajnego radcy Estara Pawłowicza.

Moja recenzja:
Od pierwszego wejrzenia książka mnie intrygowała. Najpierw ciekawość wzbudziła bardzo ładnie wykonana grafika na okładce, a potem króciutki opis zawarty nad tytułem – „Opowieść prawie sensacyjna, momentami romansowa, częściej zagadkowa, niekiedy erotyczna.”  Kiedy zaczęłam przewracać pierwsze strony ilość wydarzeń wręcz we mnie uderzyła. Ale niestety tak było tylko przez moment, bo dalej wszystko się jakoś rozlazło.  Fabuła z ciekawej zmieniła się na przeciętną, nie była ani porywająca ani nudna, ot taka sobie. Autor miał naprawdę fajny pomysł, który chyba jednak trochę go przerósł.

Na jakość czytania bardzo źle wpłynęła przede wszystkim dość chaotyczna narracja. W powieści liczne były przeskoki na innych bohaterów, wtrącane spore retrospekcje. Jednak te przejścia zostały słabo zaakcentowane. Do tego w środku jakiejś ciekawszej akcji pojawiały się ni z gruszki ni z pietruszki fragmenty jakichś listów i dzienników, które bez wątpienia miały wzbudzić w odbiorcy emocje, jednak w moim przypadku niestety tak nie było.

Inną sprawą była duża liczba bohaterów, którzy mieli wymyślone długie i dziwaczne imiona, nazwiska i tytuły, co sprawiło, że najzwyczajniej w świecie mi się mylili. Często też zapominałam, ze dana postać została już wcześniej przedstawiona i dziwiłam się, skąd nagle się wzięła.

Do tego wszystkiego doszły też wątki wypełniacze, jak na przykład spotkanie po latach dwóch dawnych kochanek, które zakończyło się szczegółowo opisaną sceną miłosna, czy też występy hinduskiej tancerki.  Autor z całą pewnością usiłował nadać swojemu dziełu nieco pikanterii, ale przede wszystkim dzięki temu nabrała ona większej objętości.

No dobra, dotąd wyłuszczałam same wady, teraz zaś czas na jakąś zaletę. A tą jest na pewno język powieści. Opisy obfitują w detale, epitety, zagraniczne powiedzenia i idiomy. Można chyba powiedzieć, że jest to taki „kwiecisty” styl pisania, przyznam, że nigdy się jeszcze z czymś takim nie zetknęłam. Kiedy czytałam książkę miałam wrażenie, że pan Medard musi być zapalonym gadułą, czy też krasomówcą. I to właśnie ta cecha jego prozy przekonuje mnie do zapoznania się z przyszłymi utworami, które (mam nadzieję) wyjdą jeszcze spod jego ręki. 
Kiedyś czytałam książki tylko dla ciekawej fabuły i akcji, ale teraz nauczyłam się zauważać także inne cechy. Musze przyznać, że w znacznej mierze wpłynęło na to rozpoczęcie blogowania.

Tak więc, dzięki wspaniałemu warsztatowi pisarskiemu powieść wybroniła się. Nie żałuję czasu, który spędziłam, czytając ją. Polecam Wam ją z tego względu, ale na wstępie ostrzegam, że wymaga ona skupienia i uwagi przy lekturze.

Moja ocena:
>>4-/6<<

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.

niedziela, 22 lipca 2012

Eve - Anna Carey


Wydawnictwo: Amber
Przekład: Julia Wolin
Seria: The Eve Trillogy
Tom: 1
Rok wydania zagranicznego: 2011
Rok wydania polskiego: 2012
Ilość stron: 301

„Eve” to pierwsza część trylogii o dziewczynie, żyjącej w świecie po zarazie, gdzie kobiety oddzielone są od mężczyzn i uczone, że stanowią oni dla nich zagrożenie. Tytułowa bohaterka właśnie kończy szkołę i jako najlepsza uczennica ma poprowadzić swoje koleżanki przez most do pobliskiego budynku, gdzie będą uczyły się zawodu. Jednakże dzień wcześniej Eve odkrywa straszliwą prawdę, że wychowanki szkoły nie czeka tak naprawdę wspaniałe życie, lecz… no właśnie co? Tego moi drodzy wam nie zdradzę, musicie się dowiedzieć sami. :) Przerażona nastolatka decyduje się na bardzo ryzykowny, czy wręcz samobójczy krok – ucieka za mury w głuszę pełną dzikich zwierząt, uzbrojonych gangów i okrutnych ludzi króla, bo nawet to jest lepsze od przyszłości, którą jej zgotowano. Czy poradzi sobie sama w dziczy?

Fabuła jest dosyć standardowa. Przypomina trochę „Intruza” Stephenie Meyer – ludzie muszą się ukrywać w jaskiniach przed wrogami, nie mają co jeść i okradają najeźdźców (a w tym przypadku raczej wojsko króla). Ale mimo wszystko nie mamy tu do czynienia z kosmitami, tylko z ludźmi, którzy zgotowali swym współbraciom okrutny los.

Wciągnęła mnie ta powieść, czytałam ja przez pół nocy i z żalem musiałam przerwać, bo okropnie mnie oczy bolały. Jednak rano, zaraz po przebudzeniu zabrałam się za nią znowu. Napisana jest bardzo lekkim, młodzieżowym językiem, który sprawia, że szybko się ją czyta. Jednak tych, którzy maja nadzieję, że przekazuje jakieś wartości, muszę rozczarować. To typowa rozrywka, przy której nie trzeba za wiele myśleć i można na chwile zapomnieć o codzienności.

Główna bohaterka na pierwszy rzut oka wydaje się troszkę głupia, czy może raczej naiwna. Pomimo tego, że jest najlepszą uczennicą, nie wie niczego co mogłoby pomóc jej przetrwać w obcym świecie za murami szkoły. W sumie nie ma co się dziwić, przecież nie była przygotowywana do takiego życia, jednak trochę mnie zastanawiało, że ślepo wierzyła w słowa swoich nauczycielek o cudownej przyszłości, która ją czeka, a nigdy wcześniej sama nie pofatygowała się, by sprawdzić, jak żyją absolwentki w drugim budynku… Przecież cechą dzieci jest ciekawość, wiec przynajmniej powinna się o to dopytywać. No ale dobra, zostawmy to, załóżmy, że ona i jej koleżanki, były z tych dzieci, co się ślepo słuchają. :)

Śmiać mi się chciało ilekroć wspomniane były „zajęcia z zagrożeń wywoływanych przez mężczyzn i chłopców”.  Co za pranie mózgu?! Ale przynajmniej po części wyjaśnia nieprzystosowanie Eve do życia. Jestem w stanie przyznać, że jakby komuś od małego wpajano takie bzdury, to zacząłby w końcu w nie wierzyć.
Innym ciekawym aspektem było wyobrażenie Ameryki jako monarchii, ale to już całkiem oddzielna historia.  Czyli w skrócie – Anna Carey miała pomysł na książkę może nie do końca oryginalny, ale ubarwiła go wieloma ciekawymi i zabawnymi szczegółami.

Podsumowując, „Eve” stanowiła całkiem przyjemną lekturę. Na pewno zadowoliła mnie w całości, bo właśnie tego poziomu oczekuję od tego typu książek. Mają być miłym odpoczynkiem, zakrapianym lekkim dreszczykiem emocji. „Eve” sprawdza się jako taka w stu procentach.

Moja ocena:
>>5/6<<

czwartek, 19 lipca 2012

Niezwykłe bitwy i szarże husarii - Radosław Sikora


Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 189

Z okładki:
„Niezwykłe bitwy i szarże husarii” to książka poświęcona najciekawszym starciom tego rycerstwa, a w szczególności jego spektakularnym zwycięstwom, osiąganym nad wielokrotnie liczniejszym przeciwnikiem. Można w niej przeczytać m.in. o szarżach husarii, które rozbiły kilkunastokrotnie silniejszych nieprzyjaciół, czy też o heroicznej obronie przed około stokrotnie liczniejszym wrogiem.
Nie zabrakło także epizodów przegranych, które pokazują, że sama obecność husarii na placu boju nie wystarczała, aby wygrać walkę. Często ważniejsze okazywały się okoliczności, w których do niej doszło. Omówiono także bitwy, wokół których narosło wiele nieporozumień i które wciąż, niesłusznie, funkcjonują w literaturze jako symbole kryzysu tej kawalerii.

Moja recenzja:
Już od dawna pasjonuje mnie husaria. Ci wspaniali rycerze w lśniących zbrojach, dosiadający rączych rumaków. To moje zainteresowanie zaczęło się, gdy po raz pierwszy obejrzałam film „Ogniem i mieczem”, a miałam wtedy około dziesięciu lat. Od tamtej pory zawsze z radością powracam do tej wspaniałej ekranizacji słynnej powieści Henryka Sienkiewicza. Oglądałam już ją tyle razy, że znam większość dialogów na pamięć, a mimo to nadal mi się nie nudzi i oczarowuje.

Gdy tylko zobaczyłam książkę „Niezwykłe bitwy i szarże husarii” uznałam, że warto by pogłębić wiedzę na temat dokonań moich bohaterów młodości. Z zapartym tchem czytałam opisy przebiegu bitew, które rozegrały się w miejscach takich jak: Kircholm, Chocim, Mitawa, Smoleńsk, Domany, Wiedeń, czy Hodów, a także wielu, wielu innych… Dzięki temu opracowaniu dowiedziałam się, co je spowodowało,  ile osób brało w nich udział, czy jakim wynikiem się zakończyły.


W pełnym zrozumieniu strategii pomogły mi liczne mapy, gdzie rozrysowane zostały ruchy wojsk, a także inne zestawienia i tabele, zawierające na przykład rozkład sił i szyk jazdy, czy straty poniesione przez Polaków. W książce znajdziemy tez wkładkę z kolorowymi ilustracjami i rycinami, ukazującymi husarię, jej dowódców, czy szyk bitewny. Bardzo miło urozmaicają one lekturę.

Książka stanowi bardzo interesujące źródło wiedzy historycznej, pełne wyczerpujących opisów i cennych informacji. Styl autora jest łatwo przyswajalny dla każdego czytelnika, nienajeżony przesadnie naukowymi pojęciami. Bardzo podobało mi się sięganie przez pisarza do opisów i tekstów źródłowych, które pozwalały mi spojrzeć na bitwy z perspektywy ludzi, żyjących w tamtych czasach.

„Niezwykłe bitwy i szarże husarii” były bardzo przyjemną i pouczającą lekturą, która z całą pewnością zadowoli każdego laika. Jestem pewna, że nie pogardzi nią także czytelnik obeznany nieco w temacie. Polecam te książkę  wszystkim. Zdecydowanie jest ona pozycją, z którą powinien się zapoznać każdy Polak.

Moja ocena:
>>5/6<<

Za możliwość przeczytania książki dziękuje Instytutowi Wydawniczemu Erica.

Ilustracje:
1) Kadr z filmu "Ogniem i mieczem"
2) Husarz - Józef Brandt
3) Atak husarii w Bitwie pod Kłuszynem 1610 - obraz Szymona Boguszowicza z 1620

*** 
Pragnę Was poinformować, że jutro wyjeżdżam nad morze i wracam w środę. Nie wiem jeszcze, czy przez ten czas pojawią się jakieś recenzje, może coś ustawię, ale nie obiecuję. 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Uwaga!

Wszystkie teksty zawarte na niniejszym blogu chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.